Scena indyków od lat udowadnia, że do stworzenia czegoś, co przyciągnie nas do ekranu nie zawsze potrzebna ogromnego zespołu programistów, budżetu liczonego w milionach i armii specjalistów od marketingu. Czasem wystarczy dobry pomysł, trochę talentu i absurdalna ilość samozaparcia. Przez ostatnie lata miałem okazję sprawdzić całkiem sporo produkcji przygotowanych przez zespoły, których liczebność można było policzyć na palcach jednej ręki ślepego drwala. Jedne zostawały ze mną na długo, inne znikały z pamięci jeszcze przed napisami końcowymi. The Green Light to kolejna próba udowodnienia, że pojedynczy twórca nadal potrafi zainteresować gracza bardziej niż niejeden znacznie większy projekt. Czy to się jednak udało? Zapraszam do czytania!

Gra rzuca nas w buty Freda, człowieka wyraźnie życiem, wypalonego i sprawiającego wrażenie osoby całkowicie pogodzonej z własnym, mizernym losem. Takiej, która bez większego sprzeciwu wykonuje kolejne, nawet te absurdalne polecenia, w obawie o utratę… no właśnie czego?!. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Fred nie tyle żyje, co po prostu funkcjonuje z dnia na dzień, nie oczekując od przyszłości absolutnie niczego, jednak wszystko zmienia się w momencie, natrafia na tajemnicze walkie-talkie, z którego dobiega nieznany głos informujący go o zielonym świetle widocznym przy odległej latarni morskiej. Głos ten obiecuje pomoc w dotarciu do celu, a Fred, z powodów których nawet on same nie potrafi wyjaśnić, postanawia podążyć za jego wskazówkami.
Sama rozgrywka jest tu niezwykle prosta i w zasadzie sprowadza się do formuły walking simulatora w najczystszej postaci — przemierzamy kolejne lokacje, szukamy pojedynczych przedmiotów, wykonujemy nieskomplikowane czynności i podążamy śladem wskazówek prowadzących nas do celu. Nie ma tutaj rozbudowanych zagadek, skomplikowanych mechanik ani momentów, w których można utknąć na dłużej, a gra niemal przez cały czas prowadzi nas za rękę, jasno sugerując kolejny krok.
Muszę jednak przyznać, że pierwsze minuty po odpaleniu zaskoczyły mnie dość pozytywnie pod względem audiowizualnym (i tak zdaje sobie sprawę jak absurdalnie to może brzmieć w tym przypadku). Nie dlatego, że The Green Light wygląda jakoś wybitnie, bo budżetowe ograniczenia widać tutaj praktycznie na każdym kroku, ale dlatego, że spodziewałem się czegoś znacznie skromniejszego. Co więcej, zdarzało mi się ogrywać ambitniejsze projekty niezależne, które mimo większej liczby mechanik i systemów prezentowały się zwyczajnie gorzej. Dobrym przykładem może być tutaj Hauntsville, gdzie próbowano nadrabiać skalą, oferując survival, crafting czy cykl dnia i nocy, jednak pod względem podstawowego doświadczenia gracza, sama gra wypadała mniej przekonująco.






Jeszcze lepsze wrażenie zrobiło na mnie udźwiękowienie. Może i dialogów nie ma wiele pamiętajmy, że jesteśmy tu w zasadzie kompletnie osamotnieni z założenia), jednak sam fakt ich nagrania zasługuje na odnotowanie, ponieważ w przypadku niewielkich produkcji nadal nie jest to standard. Do tego dochodzą odgłosy otoczenia oraz kilka naprawdę udanych momentów, w których dźwięk skutecznie buduje atmosferę, szkoda jedynie, że twórca nie korzysta z tego atutu częściej.
Jeśli zaś chodzi o kwestię „horroru w horrorze”, bo mimo wszystko The Green Light reklamowane jest jako psychologiczny horror, to sam element grozy wydaje się tutaj raczej dodatkiem niż fundamentem. Owszem, pojawiają się pojedyncze jumpscare’y, niepokojące postacie w tle oraz momenty próbujące wyraźnie wywołać dyskomfort, jednak trudno mówić o odczuwaniu jakiegoś zagrożenia. Gra sugeruje wprawdzie, że coś może podążać naszym śladem, ale podczas całego przejścia ani razu nie miałem poczucia, że wykonanie kolejnego kroku może zakończyć się dla mojego bohatera w niezbyt przyjemny sposób. Łatwo byłoby zrzucić to na ograniczenia niewielkiego projektu, tyle że to nie jest takie proste, co udowadnia choćby Frightence, produkcja oparta na równie nieskomplikowanej formule, gdzie przez większość czasu również ograniczaliśmy się do eksploracji kolejnych pomieszczeń i wykonywania jakichś prostych czynności. Różnica polegała jednak na tym, że tam praktycznie każdy kolejny krok budował niepokój i sprawiał, że człowiek zastanawiał się, co czeka go za następnymi drzwiami. W The Green Light podobnego napięcia zwyczajnie zabrakło.
Gdyby chcieć wymienić kolejne przykłady takich gier, to moim faworytem byłoby pewnie Infliction, które również było projektem stworzonym praktycznie przez jedną osobę. Tam jednak oprócz samej eksploracji dostawaliśmy aktywne zagrożenie, bardziej angażujące lokacje oraz dodatkowe elementy pozwalające lepiej zrozumieć wydarzenia rozgrywające się wokół bohatera. Dzięki temu gracz miał poczucie uczestniczenia w czymś większym niż tylko podróży od jednego punktu do drugiego.









Dopiero zakończenie pozwala spojrzeć na całą podróż z nieco innej perspektywy, twórca nie daje jednoznacznych odpowiedzi, pozostawiając nam przestrzeń do własnej interpretacji. Osobiście najbliższe było mi spojrzenie na całość jako historię człowieka całkowicie złamanego przez własne życie, który jest już tak pogodzony ze swoim losem, że bez większych pytań akceptuje wszystko, co spotyka go po drodze, niezależnie od tego, jak absurdalne mogłoby się to wydawać z perspektywy postronnego obserwatora. Niezależnie od tego, czy wydarzenia obserwowane podczas rozgrywki mają miejsce dosłownie, czy są jedynie projekcją jego stanu psychicznego, ich znaczenie pozostaje podobn, a wszystko jest prawdziwe o tyle, o ile jest prawdziwe dla Freda. Pod pewnymi względami przypomniało mi to In Rays of the Light (choć podobieństw nie należy szukać w samej fabule), bo W obu przypadkach mamy do czynienia z produkcjami, które bardziej niż na rozgrywce próbują skupić uwagę gracza na określonym stanie emocjonalnym bohatera i pozostawić go z kilkoma pytaniami już po napisach końcowych.
Ostatecznie The Green Light pozostawiło mnie z niczym i nie czuję potrzeby ani szczególnie tej gry chwalić, ani jej krytykować. Lubię sięgać po takie niewielkie, niezależne produkcje, bo czasem trafiam na prawdziwe perełki, czasem na kompletne niewypały, a czasem właśnie na gry takie jak The Green Light — projekty, które miały na siebie pomysł, ale ostatecznie nie potrafiły przekuć go w coś, co na dłużej zapadłoby mi w pamięć.
Podziękowania dla Take IT Studio! za podrzucenie mi kodu na grę.
To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”
