O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – Gungrave G.O.R.E

Nostalgia to potężne narzędzie, więc nic dziwnego, że twórcy gier sięgają po nie z wielką chęcią — niestety, nie zawsze z odpowiednich pobudek. Markę Gungrave kojarzą chyba głównie fani tego tytułu sprzed lat — w końcu pierwsza odsłona ukazała się przeszło dwie dekady temu — oraz ludzie zaznajomieni z produkcjami anime (tak, gra doczekała się własnej, 26-odcinkowej adaptacji, emitowanej w 2003/2004 roku i co ciekawe, kiedy wspomniałem o grze na moim blogu, to znalazło się kilka osób, które znają anime, a nie miały pojęcia o istnieniu gry). Po dwudziestu latach ponownie postanowiono obudzić Grave’a, aby skopać kilka tyłków tym złym, tylko czy powrót z emerytury okazał się trafiony? Zapraszam do czytania!

Historia to w zasadzie swego rodzaju kontynuacja poprzednich dwóch odsłon gry sprzed X lat, jednak nie potrzeba jakieś obszernej wiedzy na jej temat, żeby móc się dobrze bawić — dla tych, dla których jest to pierwsze zetknięcie z serią, twórcy przygotowali całkiem niezłe podsumowanie wydarzeń fabularnych, które doprowadziły do tego, co przyjdzie nam zobaczyć na ekranie. W skrócie (i bez spoilerów), Grave to wskrzeszony kozak, dzierżący dwa ogromne pistolety (zwane Głowami Cerbera) z trumną przewieszoną przez ramię, który ponownie zostaje przebudzony, aby walczyć z przestępcami należącymi do Klanu Kruka, którzy znaleźli sobie kurę znoszącą złote jajka w postaci narkotyku zwanego SEED. Nie bez znaczenia jest również to, że jedna z osób w otoczeniu naszego Rambo, została owym narkotykiem naszprycowana, co wiążę się z niezbyt przyjemnymi i optymistycznymi konsekwencjami. I to w zasadzie tyle, ale jak się możecie domyślać, nie o historię tutaj chodzi a o słanie gradu kul w stronę naszych przeciwników — przejdźmy zatem do mięsa.

Na pierwszy rzut oka, mamy tu do czynienia z trzecioosobową, liniową grą akcji, w której od samego początku doskonale wiemy, co mamy robić. Przechodzimy od poziomu do poziomu (przed każdym otrzymując krótki opis tego, co tym razem nas czeka), rozwalamy kolejne fale mniej lub bardziej upierdliwych wrogów, wpadając co jakiś czas na bossa i tak aż zobaczymy napisy końcowe. W teorii zdaje się to być nawet przyjemne, jak to z dynamicznymi shooterami akcji typu „bullet hell” bywa, jednak z jakiegoś powodu ekipa z Iggymob postanowiła zaserwować nam talerz pełen archaizmów rodem z PlayStation 2. Wszystko wygląda tak, jakby cały ktoś odkopał gdzieś w archiwach cały projekt gry i postanowił wrzucić go na jakiś bardziej współczesny silnik graficzny, zapominając przy tym, że czasy i gusta graczy uległy dość dużej zmianie, i to, co robiło wrażenie kiedyś, dzisiaj może nie dźwignąć oczekiwań. Oprawa audiowizualna jest naprawdę niezła i ten mroczny klimat połączony z dobrze dobraną muzyką podczas rozgrywki potrafi przyjemnie smyrać nasze zmysły, jednak to właśnie rozgrywka jest tu największym problemem.

EDIT: W momencie, kiedy już miałem publikować te moje wypociny, do graczy trafiła akutalizacja v1.01, która poprawia nieco rozgrywkę, naprawia drobne błędy i glitche, dodaje kilka animacji oraz — co najważniejsze — udostępnia nam tryb graficzny „cel-shading”. Nie wiem, czy są tu dzisiaj jacyś fani tego typu stylistyki, ale sam jestem mega oczarowany.

Pomimo pierwszego wrażenia, tytuł ten bardziej pasuje do gatunku celowniczków jak House of The Dead czy Time Crisis niż do slasherów pokroju Devil May Cry. Gracz nie musi się tu martwić ani o stan amunicji (ta jest nieskończona, poza specialami wymagającymi naładowania) ani też o celowanie, gdyż autoaim jest tu w zasadzie nieopcjonalny. Do tego dochodzi brak możliwości „autofire” (każdy strzał to posłane cztery pociski), który po kilku dłuższych sesjach można odczuć na palcach, mashujących triggery, aby posłać falę kul w stronę nacierających przeciwników. Co prawda mamy tutaj możliwość upgradu naszego wojaka czy też możemy wspomóc się tą wielką trumną na plecach (swoją drogą czasem miałem wrażenie, że jej skuteczne użycie bywa wręcz losowe jeśli chodzi o detekcję kolizji), ale finalnie i tak zostaje ogromny niedosyt, biorąc pod uwagę, że mamy możliwość sterowanie Ponurym Żniwiarzem.

Ciekawostka — pierwsza odsłona Gungrave doczekała się swoistego powrotu na nowych konsolach, za sprawą Gungrave VR, ex’a wydanego na gogle PlayStation VR. Na ten moment nie mogę niestety za wiele powiedzieć, gdyż nie miałem okazji zagrać, ale sama konwencja rozgrywki wydaje się wręcz idealna dla wirtualnej rzeczywistości.

Gungrave G.O.R.E wydaje się być świetnie skrojonym listem miłosnym do czasów PlayStation 2, jednak w dzisiejszych czasach może być to nie co za mało, aby podbić serca graczy przyzwyczajonych do gier z nieco lepiej zaprojektowanym gameplay’em. Jeśli zamysłem twórców, było cofnąć nas o jakieś 20 lat wstecz, to misja wykonana, jeśli jednak przebudzenie Grave’a z grobu miało przywrócić marce jej blask i oczarować dzisiejszą publikę to ewidentnie gdzieś rozminięto się planem. Oczywiście nie oznacza to, że ten szalony rajd wśród latających pocisków, jaki serwuje nam gra, nie jest wart sprawdzenia. Jeśli tylko jesteście w stanie zaakceptować „drewno przeszłości” to pewnie tak jak ja będziecie się tu bawić naprawdę nieźle, a bezmyślna (w dobrym tego słowa znaczeniu) siekanka to przyjemna odskocznia od monumentalnych tytułów AAA, z rozbudowaną historią i systemami, które niejednokrotnie zajmują sporo czasu, aby je dobrze opanować.

Na koniec wielkie podziękowania dla firmy Plaion, za sprezentowanie mi kodu i małej nostalgicznej podróży w czasie.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s