O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – Sir Lovelot

Ci, którzy obserwują mnie już od jakiegoś czasu lub przynajmniej przewertowali moje poprzednie recenzje, wiedzą doskonale, że jestem ogromnym fanem przeszukiwania internetu, w poszukiwaniu ciekawostek na rynku gier Indie. Kilka dni temu, podczas mojego porannego rytuału przed pracą — kawa + branżowe portale — natknąłem się na zwiastun pikselowej platformówki 2D o tytule Sir Lovelot, która swoją premierę miała na początku marca tego roku. Mój dziwny mózg z automatu uruchomił wspomnienia związane z ogrywaniem perełki pixel-arto’wych platformerów, jakim jest Shovel Knight, co skłoniło mnie do kliknięcia play i sprawdzenia trailera. Jak widać tytuł ten zainteresował mnie na tyle, że wylądowaliśmy tutaj, kilka dni później, na mojej stronie, w recenzji Sir Lovelot. Czy wyróżnia się ona na tle setek innych platformówek? No i oczywiście, czy warto zagrać? Zapraszam do czytania!

Pierwszymi rzeczami, na jakie zwróciłem uwagę, jeszcze zanim uruchomiłem tytuł był wydawca oraz rozmiar samej gry. Już tłumaczę, dlaczego mnie to zainteresowało — po pierwsze, wydawcą jest Sometimes You, niewielka rosyjska firma, która zajmuje się portowaniem i wydawaniem gier na konsole i która wydała również inny tytuł, którego recenzję będziecie mogli (lub możecie, gdyż jeszcze nie wiem, który tekst ukazał się pierwszy) — In the Rays of Light; po drugie, cała gra waży zaledwie, nieco ponad 200MB, co w dzisiejszych czasach, gdzie produkcje AAA potrzebują nierzadko 2 płyt Blu-ray, wydaje się wręcz śmieszną ilością (chyba nawet moje zapisy gier z Final Fantasy VII Remake ważą więcej), więc tym bardziej byłem ciekaw, co udało się upchnąć twórcą na tak małej przestrzeni.

W grze wcielamy się w tytułowego Sir Lovelot’a, który wyrusza na poszukiwanie miłości swojego życia. Aby odnaleźć tę jedyną, nasz dzielny rycerz przemierza zakątki Lululandu, starając się oczarować napotkane niewiasty, poprzez podarki — złote monety, pierścionki czy kwiaty — których zdobycie będzie wymagało sprytu, refleksu i czasem odrobiny szczęścia. Fabuła jest tu oczywiście jedynie dodatkiem i pewnie, gdyby jej nie było to nikt by za bardzo się tym nie przejął, gdyż to, co się tutaj liczy to rozgrywka!

Mamy tutaj do czynienia z platformówką, w której liczy się precyzja, gdyż każdy poziom wypełniony jest pułapkami, ruchomymi platformami, potworami, tajnymi przejściami itp. Na koniec każdego poziomu, znajduje się wieża (albo coś, co ją przypomina), w której przebywa nasza potencjalna miłość. Aby ów niewiasta spuściła dla nas swój warkocz, niezbędne jest, abyśmy zebrali kwiat (reszta znajdziek ma jedynie wpływ na końcową punktację). Kiedy już tam dotrzemy, następuje podsumowanie, podczas którego zliczają się punkty za wszystkie zebrane przedmioty, ilości naszych zgonów oraz czas, w jakim udało nam się pokonać daną planszę — jeżeli jesteście niezadowoleni z końcowego wyniku, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby wrócić do danego poziomu i próbować poprawić swój ostatni wynik.

Grafika to pixelart w świetnym wydaniu, gdzie wszystko jest spójne i nie wygląda tak, jakby twórcy użyli takiej stylistyki, tylko dlatego, że nie potrafili zrobić nic lepszego. Design poziomów (które zwykle ciągną się przez kilka ekranów, a czasem nawet zapętlają), jak i wypełniających ich niebezpieczeństw, które na nas czyhają, sprawia naprawdę dobre wrażenie, choć w połowie gry miałem czasem wrażenie, że zmienia się w nich coraz mniej.

Pod względem technicznym, w zasadzie nie ma się tu do czego przyczepić, przez całą rozgrywkę, gra była płynna, a nasz mały rycerz, reagował natychmiast na wciskane przyciski (co w przypadku tego typu rozgrywki jest wręcz kluczowe). Jedynie przyczepiłbym się do braku możliwości sterowania d-padem (przyzwyczajenia ze starych czasów robią swoje, jeśli chodzi o precyzję) oraz do tego, że na PlayStation 5, przycisk „share”, automatycznie pauzował grę, przez co nie miałem możliwości zrobienia dla Was żadnych zrzutów (poza tym z podsumowania, gdyż wtedy problem nie występował), a to, co widzicie, musiałem niestety pobrać z internetu…

Przejście wszystkich poziomów (a jest ich ponad 40!), zajmie Wam pewnie coś około 3 godzin, no, chyba że jesteście maniakami ze skłonnościami masochistycznym, to czas ten pewnie się wydłuży, gdyż myślę, że grę tę można wrzucić do worka z napisem „Easy to play, hard to master”. Choć nie jest to ta sama półka co np. Super Meat Boy, to i tak czasem zdarzyło mi się rzucić mięsem, czy też zawisnąć na skraju rage quit’a, kiedy na koniec okazało się, że moje lizanie ścian nie było na tyle dokładne, aby odkryć wszystkie sekretny czy po raz enty spadłem o milimetr w złą stronę co skutkowało zgonem.

Odpowiadając na najważniejsze pytanie, tak jak najbardziej warto dać szansę temu tytułowi. Niezależnie do tego, czy umieranie w grach sprawia Wam frajdę, czy też chcecie po prostu pograć w coś, co nie będzie wymagało zbyt dużego zaangażowania i co można włączyć (jak i wyłączyć) w dowolnym momencie, bez strachu, że po odpaleniu nie będziecie mogli się odnaleźć. Sir Lovelot to świetnie wyglądająca, nieco wymagająca platformówka 2D z całą dobrocią retro inwentarza. Warto też wspomnieć, że na europejskim PlayStation Store, kosztuje 42 PLN, co wydaje mi się naprawdę niezłą ceną, biorąc pod uwagę jak dużo frajdy sprawiło mi jej ogrywanie.

Na koniec chciałbym podziękować wydawcy, twórcom i ekipie ogarniających ich PR, za podrzucenie mi kopii do recenzji!

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s