O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – The Sinking City.

Kłamałbym gdybym Wam tu wypisywał, że jestem jakimś ogromnym fanem H.P Lovecrafta i jego twórczości i ,że chłonę wszystko co nosi znamiona inspiracji jego dziełami,  bo w rzeczywistości przeczytałem jedynie Zew Cthulu, nie przeszkadzało mi to jednak w zagłębienie się w klimat takich produkcji jak Prisoner of Ice (pamięta to ktoś jeszcze? :D) czy Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth, które to na moim PC są zainstalowane po dziś dzień. To właśnie klimat tych produkcji i zapowiedź studia Forgwares Games o ich nowej grze czerpiącej garściami z twórczości Pana Lovecrafta były tym co sprawiło, że The Sinking City było jedną z gier na które czekałem w tym roku przebierając nogami z niecierpliwości. Czy było warto czekać? Czy gra jest tym na co czekałem? Czy Frogwares podołali swojej inspiracji?  Zapraszam do czytania.

Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieświadomości i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko.
H.P. Lovecraft – Zew Cthulhu

Przygoda rozpoczyna się od poznania głównego bohatera, byłego marynarza, a obecnie prywatnego detektywa imieniem Charles W. Reed, który przybywa z Bostonu do odosobnionego miasteczka Oakmont w poszukiwaniu odpowiedzi na mogących uzdrowić go od jego przerażających wizji, których to próbkę obserwujemy już na samym początku rozgrywki. Nasz bohater otrzymuje list od niejakiego Johannes’a van der Berga, który twierdzi, że jest w stanie pomóc wyjaśnić powody szaleństwa jakie dotknęło Charles’a. Po przypłynięciu do miasta, szybko odkrywamy, że ono samo jest w zasadzie na skraju upadku. Ogromna powódź, która nawiedziła to miejsce, zniszczyła sporą jego część a sytuacja gospodarcza ucierpiała tak mocno, że ludzie powrócili do handlu wymiennego. Całej sytuacji nie pomagają również sami mieszkańcy, obwiniający się nawzajem o wszystko co się wydarzyło, a jeśli już  o mieszkańcach mowa to trzeba przyznać, że twórcy zaserwowali nam niezły miszmasz – bogate rodziny (de facto rządzące miastem), uczeni, przestępcy, fanatycy religijni czy wisienka na torcie jaką są rybo-podobni przybysze z Innsmouth, no jest w czym wybierać. Oczywiście nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej i jak już pogodzicie się ze zniszczonym miastem i jego zwaśnionym ludem to okazuję, że do tego wszystkiego na ulice wylazły przeróżne stwory, z którymi od czasu do czasu przyjdzie nam się zmierzyć, a z racji ograniczonych zasobów miasta, te spotkania mogą być dość nieprzyjemne. Wszystko to wydaje się dość nieprawdopodobne jak na zbieg okoliczności..

Rozgrywka jest mixem gry akcji, rpg, horroru i detektywistycznej przygodówki. Pamiętajmy, że Frogwares odpowiedzialni są za dwie ostatnie odsłony przygód Sherlocka Holmes’a, co widać w ich najnowszej produkcji. Tutaj jest pierwszy zgrzyt bo jako fan horroru chciałbym zobaczyć go tu nieco więcej i nie tylko w formie atakujących nas maszkar. Przez większość czasu przemierzamy kolejne ulice w poszukiwaniu określonych miejsc, rozmawiamy z ludźmi i prowadzimy dochodzenie (a w zasadzie kilka pomniejszych) składając kolejne elementy układanki do kupy. Muszę przyznać, że na dzień dobry uderzyła mnie mapa i jej rozmiar, gdyż nie spodziewałem sie tak rozległej lokacji w tego typu grze – na szczęście mamy tutaj kilka możliwości, które wyraźnie skracają nam przemieszczanie się z punktu A do punktu B jak szybkie podróże przy pomocy odkrywanych budek telefonicznych czy łódki (wspomniałem, że miasto nawiedziła powódź?).

Same zagadki złożone są w naprawdę ciekawy sposób, mianowicie gra nie mówi nam jednoznacznie co, gdzie i jak powinniśmy zrobić i tak np. aby znaleźć nasze docelowe miejsce musimy odwiedzić miejscowe archiwa, gdzie łącząc odpowiednie kategorie. możemy sprawdzić informacje na temat danego miejsca czy powiązanych z nim osób, następnie jeśli uda nam się namierzyć nasz cel na mapie i do niego dotrzeć to zaczynamy dochodzenie podobne choćby do tego z Detroit Become Human, gdzie po przeanalizowaniu wszystkich wskazówek, dostajemy możliwość odtworzenia wydarzeń jakie miały tu miejsce. Dodatkowo nasz bohater posiada pewne nadnaturalne zdolności, niczym szósty zmysł i potrafi dostrzec sporo rzeczy, które pozostają ukryte dla zwykłego Kowalskiego. Nasze śledztwa prowadzą do pewnych wniosków, jednak nigdy nie są one jednoznaczne i to gracz musi podjąć decyzje jak je zinterpretować, komu zaufać a z kim walczyć. Nasze wybory będą miały wpływ na to jak może potoczyć się dalsza rozgrywka, i tak na przykład Ukłon dla twórców za rozdzielenie poziomu trudności jak np. w Silent Hill – możemy wybrać osobny poziom dla walki oraz zagadek, co przekłada się na wytrzymałość naszych przeciwników czy ilość podpowiedzi jakie serwuje nam gra, tak że zagadkowi hardkorowcy będą wniebowzięci bo na najwyższym poziomie gra nie podpowiada absolutnie niczego i jeśli nie połączysz sobie sam dwóch kropek to będziesz się kręcił bez celu po mieście przez długi czas.

Pamiętacie ów wizje o których wspominałem na początku? Oprócz samego wątku nawiedzonego bohatera, twórcy postanowili przekuć je również w element gameplayu – oprócz paska życia, nasz detektyw posiada pasek zdrowia psychicznego o który musimy dbać, gdyż jego spadek oznacza halucynacje, zaburzenia wizji i poruszania się co skutecznie utrudnić nam przeżycie w walce z potworami. Swoją drogą, jak na grę, w której teoretycznie walka powinna być marginalna to twórcy dali nam całkiem niezły arsenał, mamy tutaj pistolet, rewolwer, strzelbę, karabin a nawet granaty czy koktajle mołotowa. Do tego wszystkiego dochodzi odrobina elementów rpg w formie drzewka rozwoju postaci oraz craftingu. Za nasze działania otrzymujemy punkty doświadczenia, za doświadczenie  punkty wiedzy, a te wymieniamy na kolejne perki podzielone na trzy kategorie. Crafting natomiast objawia się w formie zbieractwa wszelkiego złomu i wytwarzania sobie amunicji czy apteczek. Można powiedzieć, że dostajemy takie rpg’owe ABC.

Była historia, klimat, rozgrywka i wszystko co mi się podoba, to żeby nie było aż tak pięknie, czas sobie trochę ponarzekać… Niestety na każdym kroku widać, że The Sinking City to nie wysokobudżetowa produkcja AAA (a szkoda….).  Gra działa na silniku Unreal Engine i o ile do samej grafiki się czepiać nie będę, bo po pierwsze, naprawdę rzadko to robię a po drugie projekty postaci czy samego miasta mi się naprawdę podobały tak do samej optymalizacji i wykonania od strony technicznej już tak.. Miasto, jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi zważywszy na klimat produkcji, jest trochę puste. Rozmiar lokacji jest naprawdę spory i to aż prosi się o trochę więcej zamieszania na ulicach, interakcji z NPC’ami czy możliwości zwiedzania większej ilości budynków. Do tego dochodzą glitche, bugi, spadki animacji na konsolach (lub np. całkowity brak animacji jak przy wsiadaniu do łódki). Wszystko to może trochę drażnić jeśli ktoś jest wyczulony na tego typu elementy lub tak jak ja, ogrywał przed Tonącym Miastem pod rząd kilka gier z mniej lub bardziej otwartym światem, które były wykonane po prostu sporo lepiej w tym temacie. Jest też jedna rzecz, która nie jest dla mnie do końca jasna w kontekście tego czy to celowy zabieg czy ktoś zapomniał dopisać linijki kodu, mianowicie respawn…..przedmiotów – wychodzisz z pomieszczenia, wracasz za jakiś czas a tu magicznie szafka ze złomem i amunicją pełna. Doprowadziło to w pewnym momencie do takiej skrajności, że zamiast unikać miejsc opanowanych przez potwory to przechodziłem przez nie jak Rambo, rzucając granaty na prawo i lewo przy akompaniamencie serii z karabinu. Powiedziałbym, że mamy tutaj podobną sytuację co np. z Deadly Premonition, Rule of Rose czy Blues and Bullets, które ludzie albo kochają za klimat albo nienawidzą za techniczne wykonanie – oczywiście możecie powiedzieć, że zwariowałem ale takie były moje pierwsze skojarzenia.

Przejście całości zajęło mi jakieś 15-16 godzin, co jak na dzisiejsze standardy jest wynikiem bardzo dobrym, a czas gry można spokojnie wydłużyć do the ponad 20 za sprawą zadań pobocznych (oraz DLC), o różnym stopniu skomplikowania.
A i zapomniałbym, dobra wiadomość dla tych, którzy przywiązują uwagę do języka gry, mianowicie dostajemy tutaj kinową lokalizację, która jest naprawdę przyzwoita i nie nosi znamion robionej na kolanie przy użyciu Google Translatora.

Plusy:
– Klimat
– Historia
– Wybory
– Kilka zakończeń

Minusy:
– Brak minimapy
– Bugi i glitche
– Miejscami puste miasto
– Respawnujące się przedmioty
– Niewykorzystany potencjał

Koniec końców, w The Sinking City grało mi się naprawdę przyjemnie i pomimo wszystkich wad jakie wymieniłem to przez te kilkanaście godzin nie miałem nawet przez chwilę myśli o odłożeniu pada, nawet specjalnie zostawiłem sobie osobny zapis gry tuż przed zakończeniem, po to aby móc wrócić i dokończyć niezamknięte śledztwa poboczne, a sam fakt tego, że chcę do gry jeszcze wrócić po jej ograniu. pokazuje, że pomimo większych i mniejszych niedoróbek jest ona naprawdę warta sprawdzenia. Jeżeli Lovecraft to wasza bajka oraz lubicie detektywistyczne produkcje jak Sherlock Holmes czy L.A Noir to jest to gra dla Was.

Na koniec chciałbym podziękować firmie CDP – dystrybucja gier za sprezentowanie kopii gry na premierę!

Do następnego!
Kuba „PlayStation Fanatyk”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s