O tym, w co ostatnio gram słów kilka – The King of Fighters XIV Ultimate Edition

Pozwólcie, że ten tekst zacznę od pytania. Kiedy ktoś pyta Was o gry z gatunku bijatyk to, jaka jest Wasza pierwsza odpowiedź? Tekken? Mortal Kombat? Street Fighter? Obstawiam, że spora część z Was pomyślała właśnie o jednej z tych trzech i wcale mnie to nie dziwi, bo każda z nich jest na swój sposób fenomenalna. Jednak jeśli ktoś z Was miał okazję przeczytać mój krótki tekst na temat nostalgii związanej z automatami arcade (lub po prostu przeczytał tytuł tego i połączył kropki) to wie, że jest jeszcze jedna seria mordobić, która rozpala moje serce za każdym razem, mianowicie The King of Fighters od SNK. Tak się złożyło, że na ten rok zaplanowana jest już piętnasta odsłona cyklu, a zanim trafi ona na rynek, SNK postanowiło uraczyć nas wersją Ultimate czternastki, która to wpadła w moje ręce i o której chciałbym Wam dzisiaj powiedzieć parę słów — patrząc na ten lekko mówiąc przydługi wstęp, możecie się domyślać, że ten tekst będzie nie tylko o niej. Zapraszam do czytania!

Wszystko zaczęło się jakieś 25 lat temu — pisząc to uświadamiam sobie, jaki jestem stary hah — kiedy to przed blokiem mojej babci, jeden z sąsiadów zaparkował swój „wóz Drzymały”, który szybko zapełnił się ludźmi, dymem z petów i automatami arcade. To właśnie tam po raz pierwszy miałem okazję zagrać w Metal Slug, The Punisher czy The King of Fighters…’94 (yup, ta seria jest prawie tak stara, jak FIFA czy Tekken i podobnie jak w przypadku tych dwóch, nadal dostajemy nowe odsłony). Nie będę tu czarował, że zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, bo tak naprawdę jedyne co pamiętam z tamtych czasów, to to, że obskakiwałem niezły wpierdziel, a mój przeciętny czas gry — ku uciesze właściciela tego przybytku — nie przekraczał kilku minut. To, co istotne w tym wszystkim to fakt, że właściciel, jeżeli gra posiadała kolejne odsłony, starał się aktualizować swoje automaty w miarę na bieżąco, dzięki czemu dane mi było obskakiwać wpierdziel zaczynając od KOF94, aż do KOF2000 i wbrew temu wszystkiemu zakochałem się w tej serii (szczególnym uczuciem darząc KOF98, które swoją drogą nie było nawet „pełnoprawną odsłoną” z fabułą, a po prostu zlepkiem chyba wszystkich zawodników z poprzednich części).

Swoją drogą jeśli ktoś z Was jest zainteresowany KOF to niech łapie filmik na temat ewolucji jaką przeszła seria przez te wszystkie lata.

Spróbujmy jednak wrócić do odsłony z tytułu, pod względem fabularnym, czternastka kontynuuje trend, jaki zapoczątkowała pierwsza odsłona, gdzie wszytko kręci się wkoło turnieju „The King of Fighters”. Tym razem, niejaki Antonov, rosyjski miliarder, postanawia zorganizować największy turniej ze wszystkich, na którym zawalczą zawodnicy z całego świata — zarówno doświadczeni, jak i nowicjusze, chcący zawalczyć o tytuł. Fabuła do skomplikowanych nie należy i niestety nie ma co liczyć, że coś więcej wyjaśni się podczas gry (swoją drogą fabuła w innych odsłonach, np. cała Orochi Saga, potrafi być naprawdę interesująca jak na bijatyki), jednak na szczęście, to nie fabułą stoją bijatyki.

Przejdźmy zatem do samej rozgrywki. Klasycznie dla serii, mamy tutaj do czynienia z walkami drużyn, każda po 3 zawodników. W walce jednocześnie bierze udział jeden zawodnik, bez możliwości jego zmiany podczas walki czy asyst. Oznacza to, że przy odrobinie szczęścia lub skilla możesz pokonać drużynę — ba nawet całą grę — tylko jedną postacią (przed każdą walką wybiera się kolejność, w jakiej będą walczyć nasi zawodnicy). Drużynę możemy skompletować sobie dowolnie z ponad 50 zawodników (wersja Ultimate zawiera 8 dodanych w DLC), co jak dla mnie jest wynikiem wręcz fenomenalnym, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że postacie nie były dodane do rostera na zasadzie kopiuj-wklej. Spotkamy tu zarówno starych wyjadaczy jak Kim Kaphawan, Ryuji Yamazaki, Terry Bogart czy Mai Shiraniu (znaną ze swoich dwóch ogromnych atutów), jak i całkowicie nowe postacie — Shun’ei czy Najd.

Każdy z zawodników prezentuje swój własny styl walki, który poza standardowymi ciosami typu „lołking”, zawiera często ataki z użyciem broni czy czegoś w rodzaju magii. Do tego wszystkiego dochodzą widowiskowe ataki specjalne (których siła zależy od naładowania poziomów paska na dole ekranu), które prócz tego, że świetnie wyglądają, mogą też zrobić sporą krzywdę temu, kto się na nie nadzieje (swoją drogą po wyłapaniu takiego speciala na mordę, usłyszymy komentarz postaci, wydobywający się z głośnika DualSense). W „najnowszej” odsłonie twórcy postanowili wyjść nieco z pomocną dłonią do graczy, którzy nie zjedli zębów na bijatykach i wprowadzili coś, co nazwano „Rush Combo”. W skrócie, zamiast wykręcać zwariowaną kombinację przycisków wystarczy, że stojąc blisko przeciwnika, zaczniecie mashować przycisk lekkiego ataku (same combosy mogą się zmieniać np. w zależności czy postać znajduje się w tzw. „max mode”). Oczywiście nie można tego traktować jako złotą technikę walki, ale pomaga nieco wczuć się w rytm, mniej doświadczonym zawodnikom.

Samo story mode można zaliczyć w niecałą godzinę (oczywiście mówię tu o pierwszym przejściu, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ogrywać go kilkukrotnie, wybierając swój nowy Dream Team i odblokowując wszystko, co się da) i jeśli to dla Was zbyt mało to możecie zawsze potłuc się ze znajomymi w trybie VS i Multi lub spróbować swoich sił w trybie wyzwań — Time Attack i Survival.

Tym, czego się nieco obawiałem odpalając KOFXIV był styl graficzny, w jaki postanowili pójść twórcy, mianowicie przeniesiono grę w 3D. No nie tak do końca, bo w zasadzie chodzi o same postacie, gdyż wciąż walka odbywa się w dwóch wymiarach, jednak to, co miałem w głowie to to, że ponownie będzie to potworek rodem ze spinoffu pod tytułem Maximum Impact — i tak wiem to było na PS2, ale w ogóle koncepcja przenoszenia bijatyk z technologii 2D (w której mamy choćby takie perełki jak Guilty Gear) w 3D, kojarzy mi się automatycznie z tym, co się stało w odsłonie Mortal Kombat 4. Sam design postaci zaś, wykonany jest naprawdę dobrze i poza drobnymi zgrzytami (jak np. włosy — tak wiem, to kolejna gra gdzie się tego czepiam), prezentują się świetnie.

Grę ogrywałem na PlayStation 5, z użyciem wstecznej kompatybilności i z radością stwierdzam, że nie spotkałem się z żadnymi problemami, które mógłby z tego wynikać. Gra trzymała stały framerate, a moja konsola nie brzmiała przy tym, jak F-16 podrywający się do lotu — jak dla mnie sukces.

Czas zakończyć tę hybrydę recenzji, wspomnień i wszystkiego innego co mi przyszło do głowy klepiąc w klawiaturę i krótko podsumować te kilka godzin, jakie do tej pory spędziłem z grą. Powiem tak, jeśli jesteś fanem tej serii, to pewnie nawet nie muszę cię przekonywać, że to po prostu must have ! A jeśli twój wybór bijatyk nigdy nie wykraczał poza wszystkim znany „mainstream” to czternastka jest świetną częścią, aby zapoznać się z tą serią — masa zawodników, aren i efektownych ataków specjalnych, czego chcieć więcej od mordobicia?! Ja na pewno spędzę z tą grą jeszcze sporo czasu, szczególnie kiedy dorobię się drugiego pada do PS5.

Na koniec chciałbym podziękować SNK Corporation i ekipie ogarniających ich PR za podrzucenie kopii!

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s