O tym, w co ostatnio grałem słów kilka — The House of the Dead 2 Remake

Czasy salonów gier zawsze będą miały specjalne miejsce w moim growym sercu. To właśnie w tych ciasnych, zatłoczonych i gęstych od dymu przybytkach dane mi było poznać wiele gier, które do dziś bawią mnie niezmiernie. Choć w znamienitej większości były to bijatyki, beat’em up’y czy gry typu run’n’gun, to nie da się zaprzeczyć, że największe wrażenie robiły te ogromne automaty, które nie posiadały standardowych gałek i przycisków, a zamiast nich miały modele motocykli, kabiny samochodów czy wiszące na kablach rewolwery. Swoją drogą — przyznać się, kto za dzieciaka rozkminiał, jak wnieść to na trzecie piętro i zmieścić w swoim pokoju?

Podobnie jak w przypadku pierwszego The House of the Dead, drugą odsłonę również przyszło mi poznać poza własnym domem, jako że nigdy nie posiadałem Dreamcasta (swoją drogą, w mojej małej mieścinie kojarzyłem może ze dwie osoby, którym dane było mieć „Makarona”, a jego emulacja jeszcze przez lata pozostawiała wiele do życzenia). I cóż mogę powiedzieć — pewnie niewiele, patrząc, ile lat temu to było — ale ponownie przeżywałem chwile radości, posyłając kolejne wirtualne kule w stronę nacierających zombiaków, ciesząc się z każdego udanego headshota i denerwując, kiedy musiałem ponownie sięgnąć do kieszeni po żeton, gdy na ekranie zaczynało odliczać do nieuchronnego „Game Over”. Teraz, po latach, miałem okazję wrócić chociaż na chwilę do tamtych czasów za sprawą odświeżonej wersji na PlayStation 5 — tylko czy na pewno? Zapraszam do czytania

Rail-shootery to nie jest gatunek kojarzony z jakąś ambitną historią, przy której rozsiadasz się w fotelu z popcornem, i nie inaczej jest tutaj. Dostajemy fabułę rodem z kina klasy B z końca lat 90.: przerysowaną, absurdalną i świadomie kiczowatą. Akcja rozgrywa się kilka miesięcy po wydarzeniach z pierwszej części. Po tajemniczej masakrze w laboratorium Curien Mansion nowy wirus atakuje całe miasto. Gracz wciela się w agenta Jamesa Taylora z organizacji AMS, który razem z partnerem Gary’m ściga kolejnego szalonego naukowca — Caleba Goldmana — odpowiedzialnego za kolejną falę nieumarłych. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby fabuły tu w ogóle nie było, a całość opierała się wyłącznie na czystym trybie hordy… pewnie nikt nie zauważyłby różnicy.

Do naszej dyspozycji oddano dwa główne tryby — Arcade (surowszy, kredytowy, bez ułatwień) i Standardowy (z wyborem przedmiotów i broni na start). Kampania składa się z sześciu rozdziałów, a pierwsze przejście to kwestia około 40–45 minut. To dopiero początek, bo nie da się za pierwszym razem „mieć ciastko i zjeść ciastko” — z racji dynamiki rozgrywki jest spora szansa, że nie znajdziemy wszystkich sekretów i znajdziek przy pierwszym podejściu. Dodatkowo, po ukończeniu kampanii gra udostępnia tajne laboratorium – swoiste archiwum, w którym można przejrzeć bestiariusz i przedmioty znalezione podczas runu.

Sterowanie jest zaskakująco wygodne na padzie i nie prowadzi do frustracji. Podobnie jak w remake’u pierwszej części, gra oferuje zestaw opcji wspomagających — można włączyć auto-reload, dzięki czemu broń przeładowuje się automatycznie po opróżnieniu magazynka, lub aim assist, delikatnie korygujący celownik przy dynamicznych starciach. Miłym dodatkiem jest też wykorzystanie adaptacyjnych triggerów DualSense, które sprawiają, że każda broń daje nieco inne odczucia podczas strzelania.

Szkoda natomiast, że Sony pozbawiło tę grę największego potencjału w postaci sterowania ruchowego. W remake’u pierwszej części, chwilę po premierze dodano obsługę PS Move i kamerki, dzięki czemu dostaliśmy prawdziwy „celowniczek”. Na PS5 jest to niestety niemożliwe – nawet jeśli posiadacie kamerkę z adapterem (lub tę kompletnie niepotrzebną kamerkę HD), nie ma opcji, by korzystać z Move’a w nowych grach. I to nie wina deweloperów, lecz polityki Sony względem kompatybilności. A szkoda, bo The House of the Dead aż się prosi o fizyczne sterowanie — co z automatu dałoby grze +10 do oceny w moich oczach.

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną to zacznę od udźwiękowienia, bo te wypada tu moim zdaniem bardzo dobrze, zachowując kiczowatość sprzed lat (miłym dodatkiem jest opcja włączenia oryginalnej ścieżki dźwiękowej). Natomiast jeśli chodzi o grafikę… to mam ochotę spuścić na to jedynie kurtynę milczenia. Nie jest tajemnicą, że nostalgia potrafi zaburzać obraz tego jak pamiętamy pewne rzeczy sprzed lat, ale o ile w przypadku jedynki nie da się w żaden sposób obronić grafiki oryginału (i tu rzeczywiście remake zrobił robotę jeśli chodzi o lifting), tak dwójka wygląda moim zdaniem po prostu gorzej niż wersja automatowa, a to już naprawdę osiągnięcie… Całość została wyprana z klimatu i wygładzona do granic możliwości, przez co zamiast mrocznej, klimatycznej scenerii po ataku zombie, mamy kolejny generyczny twór przypominający grę mobilną. I żeby nie było — nie twierdzę, że oprawa The House of the Dead 2 zachwyca po dziś dzień, ale naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że można było to zrobić z o wiele większym poszanowaniem dla oryginału.

Jak na tytuł, który można ukończyć w mniej niż godzinę, różnorodność przeciwników pozytywnie zaskakuje. Jedni atakują z dystansu, inni skaczą prosto pod lufę. Są szybsi, wolniejsi, bardziej odporni; niektórzy zasłaniają twarz albo używają otoczenia jako tarczy. Czasem zamiast bezmyślnego posyłania gradu kul przed siebie, trzeba być nieco bardziej precyzyjnym.

Żeby jednak nie było tak kolorowo — w kontrze mamy starcia z bossami, które są zwyczajnie nudne i nie stawiają żadnego wyzwania. Ba, część z nich można przejść, ustawiając celownik w jednym miejscu na ekranie i tłukąc w przycisk strzału niczym babcia tłukąca kotlety na niedzielny obiad. Balans trudności pozostawia tu naprawdę wiele do życzenia. W trybie Standardowym różnice między poziomami są niewielkie – „normalny” nie wydaje się znacząco trudniejszy od „łatwego” czy „bardzo łatwego”, a nawet po przełączeniu na „bardzo trudny” nie widać większej różnicy. Poziom trudności nie wpływa na długość przeładowania, tempo ataków przeciwników ani ich liczebność. Jedynie niektórzy wrogowie potrafią przyjąć nieco więcej ołowiu, zanim padną – choć może to po prostu kwestia wprawy, którą nabiera się z każdym kolejnym przejściem.

O ile pierwszy remake The House of the Dead mnie miło zaskoczył i nawet wracałem do niego na krótkie sesje (głównie za sprawą dodanej opcji sterowania), tak drugi już nie tak bardzo… Świetnie było znów usłyszeć te kiczowate okrzyki i postrzelać do zombiaków, ale od remake’u chciałoby się po prostu więcej. Bo wiecie… remake powinien sprawić, że zapominasz o oryginale. Tutaj niestety jest odwrotnie — po skończeniu miałem tylko w głowie, że fajnie byłoby wrócić do starych czasów i móc jeszcze raz przejść Dom Umarłych 2 na automatach…

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Na koniec chciałbym podziękować Forever Entertainment, za możliwość sprawdzenia tytułu przed premierą.

Dodaj komentarz