O tym, w co ostatnio grałem słów kilka — Vaccine Rebirth

Vaccine to jeden z tych tytułów, które obserwowałem z zaciekawieniem, od momentu zwrócenia mojej uwagi w jego stronę i nie inaczej stało się z zapowiadaną przez deweloperów, poprawioną wersją z podtytułem „Rebirth”. Ponownie moim cebulackim zwyczajem, wyczekałem, aż gra pojawi się na promce i tak za średnią cenę lepszej pizzy, mogłem wrócić do posiadłości pełnej niebezpieczeństwa, aby stanąć do wyścigu z czasem, w którym stawką jest czyjeś życie. Czy było warto? Zapraszam do czytania!

Moje dzisiejsze wypociny możecie traktować jako suplement do wcześniejszej recenzji „podstawowej wersji” Vaccine (do której sprawdzenia Was zapraszam — https://playstationfanatyk.com/2023/04/30/o-tym-w-co-ostatnio-gralem-slow-kilka-vaccine/), gdyż z jednej strony mamy tu sporo nowości, z drugiej zaś trzon pozostał ten sam i w zasadzie jakby postawić je obok siebie to Rebirth zdaje się być tym, czym właśnie według wizji twórców, ta produkcja miała być od samego początku.

Pomimo bycia „nową, lepszą wersją samej siebie” i dodanym openingiem, gra nadal nie wyjaśnia nam zbyt wiele co do tego, jak i dlaczego nasi protagoniści — Manuel G.P. i Rita O’Connor — znaleźli się w tej, co najmniej niekomfortowej sytuacji. Jedyne co tak naprawdę wiemy, to to, że nasza jednostka RRTU – Rapid Response Tactical Unit zostaje wysłana, aby zbadać tajemnicze zaginięcia funkcjonariuszy, którzy to z kolei prowadzili śledztwo w sprawie zaginięcia młodego chłopca. Jak możecie się domyślać, coś się musi tu powalić i w wyniku niefortunnych zdarzeń, nasz partner zostaje zarażony tajemniczym wirusem, a naszym zadaniem jest odnalezienie tytułowej szczepionki, jak najszybciej, bo czas ucieka nieubłaganie (no chyba, że nie działacie zbyt dobrze pod presją limitu czasowego to można tu nieco sobie uławić) — tylko po to aby przeżywać ten horror ciągle na nowo.

Historia, choć nie jest zbyt skomplikowana, to ma jeszcze kilka smaczków, które będziemy odrywać poprzez zbieranie dokumentów (warto zaznaczyć, że możemy do nich spokojnie wracać po znalezieniu, co w przypadku losowej rozgrywki jest sporym ułatwieniem, bo nie musimy wszystkiego zapamiętywać), które to przybliżać nas będą do ostatecznej prawdy (tak jest tutaj „true ending”) i zakończenia tego co najmniej nieprzyjemnego przeżycia.

Jako, że mamy tu do czynienia z poprawioną wersją to oczywiście, że liczyłem na poprawki tego co mnie wnerwiało wcześniej i…. nie zawiodłem się. Zacznę od tego, że w końcu mamy tu prostą mapę, która pozwala nam na nieco lepszą orientację w terenie, co przy losowo generowanych lokacjach jest dość sporym plusem, bo wierzcie mi, że czasami, ważniejszym od posiadanych statystyk i broni będzie to jak dobrze wiecie gdzie się aktualnie znajdujecie (ale nie będę Wam niczego więcej spoilerował bo po bo psuć zabawę). Ulepszono ekwipunek, bronie dodano pełnoprawny HUD, nowych przeciwników, a dodatkowo rozgrywkę wzbogacono o pełnoprawne zagadki — jak możecie sobie wyobrazić aspekt losowości otoczenia ma na nie również całkiem spory wpływ, choć nie zawsze pozytywny bo czasem coś mi się glitchowało na tyle, ze nie mogłem danej łamigłówki bo np. przedmiot nie reagował na moje akcje.

Gra potrafi stanowić wyzwanie, co wyraźnie widać po tym, jak zmienia się generowany świat wraz z naszym rozwojem. Tak, gdybym zapomniał wspomnieć, to nasz bohater zbiera punkty ekspa w zasadzie za wszystko (łącznie z otwieraniem drzwi), dzięki czemu możemy poprawiać nasze statystyki, zbierać bonusy, natrafiać, na co raz to lepsze bronie (coś w rodzaju odblokowywania arsenału na dany poziom), ale też doświadczać starć, z co raz to mocniejszymi przeciwnikami, którzy jak się szybko okazuje, nie padają już od kilku pchnięć nożem.

Oprawa audiowizualna to nadal „stara szkoła” rodem z pierwszego Residenta / Silent Hill / Alone in The Dark i wszystkich innych straszaków z początku lat 90tych. Można być lub nie być fanem takiej stylistyki ale nie można odmówić autorom konsekwencji i dobrze wykonanej roboty bo wyraźnie widać, że nie jest to wypadkowa braku skilla i randomowo posklejanych assetów z paczek (co niejednokrotnie można było zaobserwować na rynku gier indie).

Po ograniu nowej wersji Vaccine, jedyne co mogę zrobić to podtrzymać swoje zdanie z poprzedniej recenzji, bo nadal jest to oko puszczone w kierunku fanów retro horrorów z początków lat 90 i boom’u grafiki 3D. Bardzo często kończę swoje recenzje stwierdzeniem, że „mam nadzieję, że autorzy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa” i tu nie jest inaczej, przy czym mamy tu potwierdzenie w działaniach twórców, gdyż konsekwentnie realizują oni obietnice złożone społeczności growej i coś mi mówi, że to rzeczywiście nie będzie ich ostatnie słowo w tym temacie (kto wie, może plotki o trybie sieciowym staną się rzeczywistością, tak samo jak wprowadzony niedawno tryb FPP na PC). Na koniec ciekawostka — Vacinne Rebirth jest dodatkowo kilka PLN tańsza od „podstawki”, co oczywiście grzeje serduszko mojego wewnętrznego łowcę promocji.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Dodaj komentarz