O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – 6Souls

Nie od dziś wiadomo, że pixelowe indyki to moje „guilty pleasure” — szczególnie te, które można kupić za równowartość kilku browarów. Świat zna wiele fantastycznych historii poszukiwaczy przygód — Nathan Drake, Indiana Jones czy Lara Croft — a dzisiaj dołączy do nich kolejny śmiałek. Zapraszam do recenzji!

Wcielamy się w poszukiwacza przygód Jack’a i jego wiernego kompana Buchta (jak powszechnie wiadomo, pieseły w grach to +1000 do zajebistości), którzy wyruszają na przygodę, mająca na celu odnalezienie opuszczonego zamku wraz z rzekomo pogrzebanym w nim skarbem. Pozornie prostolinijna historia nabiera kolorów, kiedy przeszukując kolejne komnaty, nasz bohater zaczyna odnajdywać kolejne elementy układanki, prowadzące do wyjaśnienia tego, co tak naprawdę stało się z rodziną Cliffordow, którzy zaginęli tu w tajemniczych okolicznościach.

Założenia gameplay’u są proste jak konstrukcja cepa, dostać się z punktu A do punktu B, nie umierając przy tym (choć sama śmierć nie zmienia tu nic poza resetem naszego postępu na danym poziomie). Kolejne lokacje zawierają kolce; ruchome czy znikające platformy; kręcące się ostrza; zwisające pająki, kościotrupy i gobliny — jak widać, to wcale nie będzie niedzielny spacerek. Aby nie dać się zabić, przyjdzie nam wykorzystać wszystkie umiejętności Jacka — jak choćby blokowanie, walkę czy wspinaczkę — oraz Butcha, który poza bycie słodkim pieskiem, potrafi skakać wyżej niż jego człowiek, przeciskać się przez tunele, czy chować przed przeciwnikami (a no i potrafi gadać, tak że 1:0 dla Butcha). Dodatkowo podczas gry odblokowujemy np. łuk, dzięki któremu nie tylko będziemy mogli eliminować przeciwników z odległości, ale też budować sobie „schodki” aby dostać się do niedostępnych normalnie miejsc.

O ile sporą część napotkanych wrogów możemy po prostu ominąć (nie ma zupełnie znaczenia czy wybierzemy to czy otwartą walkę), tak nieuniknione są walki z bossami. Starcia z nimi opierają się w dużej mierze na nauczeniu się sekwencji ich ataków/uników i zaatakowanie w odpowiednim momencie, aż ich pasek życia zniknie. Nagrodą za ich pokonanie jest diament, ale czym on jest i jakie ma zastosowanie, to już pozostawię Wam do odkrycia.

Całość podzielona jest na 8 głównych lokacji, z których każda liczy sobie ~10 poziomów. Przejście całości powinno zająć w granicach 4 godzin, co jak na indie-retro-platformowkę nie jest aż takim złym wynikiem. Czas ten oczywiście możemy wydłużyć, maksując kolejne plansze i podnosząc poziom trudności.

6Souls można podsumować jako pełnego zabawnych absurdów, łatwiejszego i mniej frustrującego brata produkcji pokroju Super Meat Boy. Retro-nostalgiczy feeling wręcz wylewa się z ekranu telewizora, sprawiając, że niezależnie czy nasza postać ginie, czy też ochoczo pokonuje kolejne poziomy, to po prostu nie można się oderwać od konsoli. Jeśli lubicie pixelartowe produkcje to obok tej po prostu nie możecie przejść obojętnie.

Na koniec chciałbym podziękować Ratalaika Games i ekipie ogarniającej ich PR za udostępnienie mi kopii do recenzji.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s