Zawsze myślałem, że gatunek Run & Gun i jego dorobek znam całkiem dobrze. No bo jak mogłoby być inaczej, skoro jestem z pokolenia trzydziestoparolatków, którzy wychowali się na Contrze? A skoro już o tym mowa – jeżeli też przekroczyliście tę magiczną granicę wieku jezusowego razem ze mną, to czas przebadać prostatę i zaopatrzyć się w ibuprofen, bo pewnie coś już strzyknęło w kręgosłupie.
Tu mała dygresja, potwierdzająca jedynie, jak bardzo przeceniałem swoją wiedzę – dopiero parę lat temu dowiedziałem się, że Contra w Europie w ogóle nie istniała, a to, że tak wielu z nas ją doskonale znało, zawdzięczamy piractwu w postaci żółtych kartridży do Pegasusa. Zamiast tego, w rzeczywistości Europejczycy dostali Probotectora – wersję kultowej strzelanki, w której zamieniono komandosów na roboty, co wynikało z panującej, zresztą po dziś dzień, growej cenzury w Niemczech.




Wracając do tematu – czterdzieści lat to kawał czasu, co uświadamia mi, że w momencie, gdy nie było mnie jeszcze nawet na świecie, na ekranach salonów gier i pierwszych komputerów już brylował gatunek Run & Gun. Alien Syndrome, Berzerk, Bionic Commando, Rambo III, Robocop, Cobra… Lata osiemdziesiąte i ich dorobek, który dziś wygląda jak prehistoria, były już wtedy zalążkiem tego, co na dobre ukształtowało się w kolejnych dekadach.
Właśnie tu pada pierwsze „wow”, bo mówimy o czterech dekadach, ponad trzystu grach i osiemdziesięciu różnych platformach. Nie o kilku hitach z jednej generacji, tylko o przekroju całej historii. To nie katalog – to archeologia cyfrowego biegania i strzelania do wszystkiego, co tylko napotkamy na swojej drodze.









Książkę otwierają – jak to zwykle bywa u Bitmap Books – wstępy. Najpierw dostajemy krótkie, ogólne wprowadzenie, po którym pojawia się kilka słów od Dave’a Cooka – dziennikarza growego i autora tej zacnej pozycji. A zaraz potem pojawia się Keiji Inafune – jeden z ojców uwielbianej przez graczy serii Mega Man. To ten moment, w którym robi się naprawdę ciekawie, bo Inafune wraca wspomnieniami do swoich początków – do czasów, gdy pikselowy, niebieski ludek dopiero torował sobie drogę na ekrany. Dalej mamy też kilka słów od Chada i Jareda Moldenhauerów – jeśli ktoś nie wie kim oni są, to to Ci dwaj psychopaci odpowiedzialni za fenomenalnego i miejscami cholernie frustrującego Cupheada. To taki mały, ale bardzo przyjemny smaczek, który dodaje autentyczności całej książce.
Run & Gun potrafi nieco przytłoczyć – ale w tym dobrym sensie. Jeszcze zanim w ogóle przejdziemy do poszczególnych gier, wystarczy rzut oka na spis treści, żeby poczuć się trochę jak dziecko w muzeum, które nagle odkrywa, że znało tylko część wystawionych eksponatów i ich historię. Przewracając kolejne strony, uświadamiałem sobie, że choć Contre, Metal Sluga, Duke Nukem (nim Książę przeszedł w 3D) czy Shock Troopers znam w większości na pamięć, to obok tych klasyków pojawiają się tytuły, które gdzieś mi kompletnie umknęły. To uczucie, gdy przewracasz kolejną stronę i trafiasz na coś, o czym nigdy nie słyszałeś, a czujesz, że musisz to sprawdzić – takie Narc googlowałem jeszcze zanim zdążyłem przewrócić kartkę — działa zdecydowanie na plus, jeśli chodzi o odbiór książki.












Każdy rozdział to określony odcinek na osi czasu, rozpoczynający się mniej więcej tak samo – od krótkiego wprowadzenia, które rysuje tło epoki: co wtedy działo się w branży, jakie konsole dominowały, jak rozwijały się pomysły na projektowanie gier itp.
Pierwszy z nich obejmuje lata 1980–1989, o których nie mogę powiedzieć z własnego doświadczenia zbyt wiele – wtedy co najwyżej pływałem sobie jako plemnik w nasieniowodach mojego ojca. Jednak wertując kolejne strony, odzywa się we mnie coś, co często nazywam „nostalgią nabytą” – taką, która nie wynika z własnych, namacalnych wspomnień, tylko z ogólnego obcowania z kulturą.
Kolejne rozdziały nie różnią się od siebie zbyt wiele. To nie jest książka, którą czyta się jak powieść czy encyklopedię – to raczej mozaika krótkich tekstów, notek, rodem z dawnych growych czasopism. Każda gra dostaje swój kawałek papieru – czasem pół strony, czasem dwie lub trzy. Jedna ma zaledwie akapit, inna zaś prawie cały rozdział, bo akurat miała w sobie coś, co na zawsze zapisało się w pamięci graczy – kultowy boss fight, poziom, przerywnik filmowy czy po prostu charakterystyczny moment. Umówmy się – nie da się mówić o tym gatunku bez takiej Contry czy Mega Mana, więc trudno byłoby podważać decyzję autora o poświęceniu im znacznie więcej uwagi niż pozostałym tytułom.











Choć nieodpartą przyjemność sprawia mi rozpływanie się nad wspomnieniami z przeszłości, to warto zatrzymać się chwilę na czasach nam współczesnych, które ta pozycja również obejmuje, a które to pokazują, że gatunek nadal ma się świetnie i dodatkowo łapie nieco wiatru w żagle za sprawą wszechobecnej mody na „retro”. Na przykład takie Huntdown z 2020 roku – cudowna gra, o której już kiedyś pisałem tu szerzej, którą mam zarówno cyfrowo, jak i w fizycznym wydaniu Deluxe z obwolutą, bo wręcz nie godziło się, aby nie postawić jej na półce. Pamiętam, że wspominałem o niej nawet w audycji radiowej u mojego kolegi Damiana, rozmawiając o tytułach, w które warto zagrać.
Huntdown to nie wyjątek, bo w książce znajdziemy też inne współczesne produkcje godnie reprezentujące swój gatunek. Cuphead już na samym początku dostaje swoje należne miejsce; Hotline Miami, które wielu uważa za kultowe; Gunlord wygląda obłędnie, a do tego trzyma klimat danych lat – żywe kolory, przerysowane animacje, pełna arcade’owa stylówa; Crowdbuster to jedna z tych ewidentnie inspirowanych moim ukochanym Metal Slugiem, wygląda jak gra, która powstała wyłącznie po to, żebym mógł w nią przepaść na kilka wieczorów; Bionic Commando: Rearmed – nowa wersja klasyka sprzed lat; Riddled Corpses, które odpalam po dziś dzień – szybka, krótka, intensywna rozgrywka ze świetnym coopem, dokładnie taka, jakiej oczekujesz od gatunku; no i Broforce – bo jak tu nie wspomnieć o Broforce? Liście miłosnym do wszystkich filmowych akcyjniaków lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdzie w jednym miejscu spotykają się Rambo, Terminator i Chuck Norris….











Jeśli chodzi o warstwę wizualną i stylistykę książki – tu po prostu klasyka w wykonaniu Bitmap Books. Jakość druku, dobór czcionek, kompozycja tekstu, ostrość screenów – wszystko dopracowane w najmniejszych detalach (bo weź znajdź dzisiaj screenshot z gry z 1980 roku, który nie wygląda jak odręcznie narysowany łyżką po słoiku). Jak do tej pory, jeszcze nie trafiłem na tytuł z portfolio tego wydawnictwa, co do którego wykonania miałbym jakieś zastrzeżenia. To zawsze topka, coś, z czego inni wydawcy powinni brać przykład.
Sama książka to prawie 500 stron w formacie zbliżonym do poziomego A4 – nie do końca kwadrat, ale coś w okolicach tego. Papier jest gruby, przyjemny, a całość zamknięta w solidnej, twardej oprawie. Jedyna rzecz, do której muszę się przyczepić – i wiem, że dla wielu to może być kompletnie nieistotne ale jak to mówią „muszę bo się uduszę” – to brak konsekwencji między kolejnymi wydaniami. Każda książka od Bitmapów jaką posiadam ma trochę inne wymiary, a jeśli tak jak ja, jesteście wzrokowcami z domieszką nerwicy natręctw i ADHD z diagnozą z TikToka (jak to nawijał Astek z Dwóch Sławów), to patrzenie na półkę z książkami, które tworzą mniejsze lub większe „schodki” w każdej płaszczyźnie wywołuje u mnie czasem efekt „niedrapalnego swędzenia” w głowie..
Mała ciekawostka, w przypadku Run & Gun dostajemy też coś dla kolekcjonerów, istnieje bowiem wersja kolekcjonerska – książka zamknięta w „skrzynce” stylizowanej na pojemnik na amunicję ( serio, wygląda to dokładnie tak, jak brzmi). Warto zaznaczyć, że nie każda książka od Bitmap Books dostaje takie traktowanie.








Osobiście jestem naprawdę usatysfakcjonowany tym, co dostałem. Run & Gun. A History of On-Foot Shooters to książka wypakowana treścią — tylko trzeba mieć świadomość, jaką treścią, bo nie jest pozycja, która zabiera nas w długie, historyczne rozważania czy pełne cytatów analizy twórców. To raczej coś w rodzaju zlepku magazynowych artykułów z ostatnich czterdziestu lat — przekrój krótkich opisów, faktów i ciekawostek. Myślę, że jest spora szansa, że zainspiruje ona nie jednego czytelnika do odkrywania nowych-starych gier. W końcu lepiej późno niż wcale, nawet jeśli po drodze padnie parę przekleństw przy trudniejszych bossach.
Jeśli te kilka słów ode mnie, zachęciło Was do postawienia własnego egzemplarza na półce to poniżej znajdziecie link bezpośrednio do sklepu wydawcy. Od siebie dodam tylko, że paczki są zapakowane kuloodpornie i docierają dosłownie w kilka dni
Podziękowania dla ekipy z Bitmap Books za sprezentowanie mi kopii do sprawdzenia.
To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk
