To, że twórcy wszelakich treści wychodzą czasem poza swoje pudełko, na którym działają na co dzień, aby dać nam nieco więcej zróżnicowanych opcji chłonięcia treści, to żadna nowość, tak że jakoś nie zdziwiła mnie zbytnio zapowiedź książki YouTubera. Drogę na growym poletku przetarł już Arek Kamiński, czyli Archon z arhn.eu — tu bije się w pierś, bo jego książka też stoi u mnie na półce i wciąż czeka na przeczytanie. Teraz przyszła kolej na Michała Pisarskiego, którego personę kojarzę głównie z YouTube i tu wyjdę pewnie na ignoranta, ale zwyczajnie nie wiedziałem o tym, że miał on okazję już niejednokrotnie sprawdzić się w roli autora tekstów, tak że do jego książki „Przegrani. Legendarne porażki świata gier”, podchodziłem z nieco niepełnym backgroundem na temat autora.
Na książkę trafiłem najpierw poprzez materiał na kanale samego autora, a jakiś czas później odezwało się do mnie wydawnictwo Znak Horyzont — Michał wydaje właśnie u nich — z zaproszeniem na spotkanie z autorem, na którym niestety nie mogłem się pojawić. Przeczytałem ją dosłownie kilka dni temu, tak że wszystko, co poniżej, to moje przemyślenia „na gorąco”. Zapraszam do czytania!



Zanim napiszę cokolwiek o samej książce, to pozwolę sobie na osobistą dygresję, bo książka Michała zainteresowała mnie nie tylko ze względów, że tyczy się świata gier i że napisał ją ktoś, kogo kanał akurat subskrybuję, ale choćby dlatego, że temat, którego się podjął, rezonuje ze mną od dawna — we wstępie Michał pisze „[…] Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. I właśnie dlatego od zawsze bardziej fascynowała mnie ta druga strona świata gier […]”. Dokładnie takie samo podejście kierowało mną lata temu, kiedy pisałem swoją pracę magisterską z marketingu internetowego. Nie chciałem wtedy rozpisywać się o tym, co zażarło, o sukcesach kampanii, o ówczesnych guru marketingu, tylko o tym, co nie wyszło — o porażkach, o wpadkach, które zapisały się w historii. I może to wszystko się komuś wydawać, śmieszne czy naciągane, ale biorąc do ręki tę książkę, pomyślałem wtedy: dobra, to może być coś, co naprawdę do mnie trafi. Zresztą, znając jego materiały z YouTube’a, spodziewałem się formy, która do mnie przemawia — lekkiej, ironicznej, trochę gawędziarskiej, okraszonej sucharami.
Na początku miałem jeden, drobny problem, mianowicie układ tekstu — książka podzielona jest na dwie kolumny, trochę jak w magazynach, co początkowo nieco wybijało mnie z dłuższego czytania. Po wstępie, który był jeszcze klasycznym, jednoszpaltowym tekstem, przechodzimy w dwukolumnowy układ i tak już w zasadzie zostaje. Na starcie było to dla mnie nieco dziwne, ale też szybko się przyzwyczaiłem. Z drugiej strony — rozumiem dlaczego — jest tu naprawdę dużo ilustracji, zdjęć konsol, screenów, materiałów, które urozmaicają lekturę, a dla kogoś, kto tak jak ja jest wzrokowcem, to duży plus. Ogólnie wydanie robi naprawdę dobre wrażenie — twarda oprawa, dobry papier i jakość druku oraz trafiony w punkt projekt okładki z imitacjami zużycia, nawiązującymi do zezłomowanych gwiazd, które opisuje (tu ukłony dla Pana Sebastiana Komorowskiego, odpowiedzialnego za projekty grafik).





Książka zbudowana jest w porządku chronologicznym — zaczynamy od „krachu na rynku gier”, jaki zgotowało nam Atari, w postaci E.T., a kończymy współczesnością, z Balan Wonderworld od Square Enix (którego swoją drogą nadal nie sprawdziłem, ale to wyjaśnia nieco dlaczego, niektórzy sprzedawcy na Allegro niedługo będą dorzucać ten tytuł gratis to gumek na analogi, a nie odwrotnie). Struktura książki jest uporządkowana — każdy rozdział zaczyna się wstępniakiem, wprowadzającym nas nieco w temat, który okraszony jest osobistymi wstawkami autora, gdzie często to jakaś dygresja, wspomnienie z dzieciństwa albo refleksja na temat danego okresu historii naszego growego światka. Potem Michał przechodzi do opisu historii, która rzuca nam nieco więcej światła na temat samej porażki i tego, dlaczego coś nie wyszło. Autor pisze z pozycji gracza i kolekcjonera, dzięki czemu mamy tu osobisty pierwiastek i luźny ton, o wiele bardziej przystępny niż encyklopedyczne formułki.
Co mnie niezmiernie ucieszyło (i czego mi później zabrakło, ale może po kolei), to, że w części rozdziałów znalazło się miejsce na wrażenia z pierwszej ręki kolekcjonera retro gratów. Fajnie było przeczytać, jak w ogóle to się stało, że ów graty zawitały pod strzechę autora oraz jakie były i są jego odczucia na ten temat. A i pamiętajmy, czasem nie ma co się doszukiwać logiki u kolekcjonerów (wiem co piszę, patrząc na moje półki..). Szkoda jedynie, że ten wątek „moja przygoda” nie pojawia się częściej — jest świetny w rozdziałach o konsolach i na samym końcu przy Balan Wonderworld — bo, aż się prosiło, żeby było tego więcej (no dobra, może nie do końca prosiło, ale ja ładnie proszę o jakiś suplement 😉 ). Oczywiście to tylko moje zdanie i też trzeba być realistą, niektóre z opisywanych „artefaktów historii gier” nie są ani łatwe, ani też tanie do zdobycia obecnie.






Wertowanie kolejnych stron przypomniało mi o czasach, grach i sprzętach, z którymi miałem choćby przelotną styczność, albo które po prostu mocno zapisały się w mojej pamięci jako gracza, co z kolei włączało do użycia, zmagazynowane pokłady nostalgii.
Świetnym przykładem jest rozdział o Duke Nukem Forever. Duke’a pamiętam jeszcze z czasów, Duke Nukem 2, kiedy Król mógł poruszać się co najwyżej od lewej do prawej, a i tak zagrywałem w niego na kółku komputerowym w naszym lokalnym Miejskim Domu Kultury. Potem przyszło Duke Nukem 3D, które dosłownie rozwaliło głowy mi i moim kolegom. To był ten moment, kiedy każdy z nas znał poziomy na pamięć, a i tak odpalał grę ponownie (tak tak, każdy też wiedział co robią tańczące Panie). Pamiętam też całe to „Forever” (z dzisiejszej perspektywy podtytuł nie mógł być bardziej trafiony), kolejne zapowiedzi, artykuły, obietnice, wieczne przekładanie premiery, a potem finał, który okazał się… no właśnie. Choć całość historii ostatniego Duke’a plasuje go wśród przegranych, to ja muszę przyznać, że mi osobiście sprawiła sporo frajdy (no może poza tymi cholernymi czasami ładowania).
Z kolei końcówka rozdziału o Mortal Kombat: Special Forces wywołała u mnie uśmiech, kiedy Michał wspomina o wersji Mortal Kombat na Game Boya. Ja doskonale pamiętam Mortal Kombat II na mojego starego, czarno-białego Game Boya Pocketa — wtedy wydawało mi się to cudem przenośnej rozrywki. Czytając, jak topornie wyglądała ta wersja z dzisiejszej perspektywy, tylko się zaśmiałem pod nosem, bo to pokazuje, jak pięknie nostalgia potrafi zakrzywiać wspomnienia. Podobnie zresztą miałem przy fragmencie o Nokii N-Gage. W danych czasach byłem chyba jeszcze większym gadżeciarzem niż teraz, a ta telefonokonsolka naprawdę była moim mokrym snem tamtych lat. Czytając ten fragment, też lekko uniosłem kącik ust — to był ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, jak bardzo potrafił się ekscytować nowinkami technologicznymi, które dziś już nie robią żadnego wrażenia. Klamrę domknęła OYUA, na którą po pierwszych zapowiedziach i kampanii crowdfundingowej, byłem napalony jak szczerbaty na suchary. Pomysł był piękny: mała kostka za 99 dolarów, granie w chmurze, nowa era, która finalnie okazała się bańką wypełnioną ekskrementami. Mimo wszystko czytałem ten rozdział z uśmiechem, bo przypomniał mi czasy, kiedy jeszcze naprawdę chciało się wierzyć w każdą nową „rewolucję” grową.








Całość czytało się lekko, przyjemnie, momentami z uśmiechem, momentami z nostalgią. Suchy humor, dygresje, inside-joke’i, odniesienia do życia codziennego — wszystko to sprawia, że książka brzmi, jakby opowiadał ją znajomy przy piwie. Kilka wieczorów zleciało mi błyskawicznie — i to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę dać. A, no i bym zapomniał, sugerowana cena detaliczna za książkę to stówka bez 1 zł (co patrząc na wszelkie dyskusje na temat pozycji o tematyce growej, może być punktem zapalnym dla co po niektórych „zainteresowanych”), ale na stronie wydawnictwa możecie zgarnąć ją obecnie za 69,99 zł, co polecam uczynić, zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby pójść za tą sugestią ceny bliską Władysławowi Jagiełło .
Na koniec przytoczę coś, co utkwiło mi bardzo mocno w głowie i co wydaje mi się pasuje tu doskonale, tekst jednego z użytkowników forum StrefaPsx — zenq, który w temacie o mojej własnej twórczości napisał „ja na starym internecie wychowany jestem i tez wole tekst i kilka fotek, niż wszystko na YT oglądać 😉„. Cóż, naprawdę trudno mi się z nim nie zgodzić.
Ogromne podziękowania dla Wydawnictwa Znak Horyzont za sprezentowanie mi kopii do sprawdzenia.
To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk
