O tym, w co ostatnio grałem słów kilka — Biolab Wars

W dzisiejszych czasach podwyżki cen nie oszczędzają nikogo i niczego, dotykając również nasz ukochany growy światek — coraz wyższe ceny premierowe czy bańka retro nadmuchana wręcz do niebotycznych rozmiarów (swoją drogą ciekawe czy kiedyś pęknie?). Jednak jako rasowy cebulak i łowca wszelkich promocji, przychodzę dzisiaj do Was z pozycją, którą możecie kupić za mniej niż paczka podrzędnych fajek, a jak traficie na promocje tak jak ja, to wyjdzie Was taniej niż jednorazowy bilet komunikacji miejskiej, oto Biolab Wars.

Pewnie nie raz i nie dwa, wspominałem o tym jak wielką radość sprawia mi wertowanie PlayStation Store przy okazji każdej wyprzedaży, co skutkuje kolejnymi zakupami za 5-10 PLN (cyfra i tak nie jest więcej warta..). Tak trafiłem choćby na miodne Savage Halloween, Sagebrush, Frightence czy Hillbilly Doomsday — o których swoją drogą nabazgrałem kilka słów — jak i wiele wiele innych pozycji, które można ogarnąć w jeden wieczór, ale które to potrafią dać masę zabawy (i o których możecie poczytać na mojej stronie, bo pisałem o tych i o wielu innych tytułach za drobne).

Na Biolabs Wars moją uwagę zwrócił Denis aka Strillivanilli, którego gust growy ma spoko puntków wspólnych z moim i tym razem również tak się stało, bo Biolabs Wars urzekło mnie od samego startu. Gra rzuca nas do 1985 roku, do alternatywnej wersji rzeczywistości, w której Strefa 51 i Archiwum X zdają się być bardziej prawdziwe niż by się mogło komukolwiek wydawać, gdyż okazuje się, że Obcy są wśród nas, a dokładniej ukrywali się w Nowym Jorku. Tu na scenę wchodzimy my, a dokładniej dwoje najemników i … Robo-Labrador, porwany wcześniej przez kosmitów, którzy chcieli na nim eksperymentować. Jak się pewnie domyślacie, zadanie jest proste — znaleźć i wytłuc co do ostatniego przybysza z innej planety, tak że broń w dłoń i do dzieła!

Jeśli chodzi o gameplay, to jest on równie prostolinijny co fabuła, przemy do przodu ciskając pociskami i granatami we wszystko, co akurat się napatoczy, ot tyle. Jest to klasyczny do bólu run’n’gun niewątpliwie inspirowany klasykiem, jakim jest Contra / Probotector (ciekawe ilu z Was zna tę drugą nazwę), przy czym mniej rozbudowany niż materiał źródłowy. Do naszej dyspozycji oddano troje bohaterów — Finn, Becca, Teddy — oraz siedem plansz, podzielonych na trzy etapy zakończone walką z bossem (które swoją drogą zasługują na pochwałę, gdyż końcowi przeciwnicy różnią się od siebie kompletnie i na każdego trzeba ogarnąć inną taktykę). Każdy poziom różni się od innego projektem, jednak poza jednym wyjątkiem będziemy po prosty biegli od lewej do prawej, strzelając z tego co akurat nam wpadnie w ręce (przy czym nie róbcie sobie wielkich nadziei, bo arsenał obejmuje jakieś cztery pukawki i granaty).

Tytuł ten jest hołdem dla 8-bitowych strzelanek i jego stylistyka jest żywcem wyjęta z tamtych czasów — kontrastowe kolory, dwu-wymiarowy pixel’art, ciekawy design bossów oraz udźwiękowienie „midi”, przywołują sporo wspomnień z łamania kolejnych padów od Pegasusa. Całość wygląda moim skromnym zdaniem naprawdę dobrze, wpisując się idealnie w klimat tamtych lat, i pewnie gdyby te 27 lat temu takowy tytuł istniał, to z wypiekami na twarzy biegłbym na bazar, aby zanurkować w dyskietkach, szukając tej konkretnej. Jest jednak jedna bardzo spora różnica pomiędzy tym czym inspirowała się ekipa z Kolibri Games Studio a finalnym produktem, a mianowicie poziom trudności.

Choć z moich „ust” może to brzmieć wręcz absurdalnie, biorąc pod uwagę, że nigdy nie byłem i nadal nie jestem fanem frustrowania się przed ekranem TV (no może poza kilkoma wyjątkami) to w przypadku Biolab Wars brak wyboru poziomu trudności spowodował, że całość się po prostu przebiega, a nie przechodzi, a ukończenie wszystkich siedmiu plansz nie zajmie Wam więcej jak jakieś 30 minut. Oczywiście gry sprzed lat też nie były zbytnio rozbudowane i wiele z nich dało się ukończyć w podobnym czasie, to chyba jednak zgodzicie się ze mną, że niektóre tytuły z tamtej ery potrafiły stanowić nie lada wyzwanie (nawet na Arhn.eu wpada co jakiś czas „Wyzwanie Archona” z dawnych gier). Mam wrażenie, że twórcy chcieli uszczknąć nieco z tortu, jakim są Speedrun’y, jednak moim zdaniem nie do końca się to udało, albo po prostu nie bawi mnie aż tak bardzo gnanie na złamanie karku za kolejnymi sekundami.

Czy jest tanio? Jest tanio! Czy jest dobrze? Jest tanio! Ogólnie nie mogę powiedzieć, żebym przy Biolab Wars bawił się źle, przy czym po prostu chciałoby się więcej bo nawet w 30-60 minutach rozgrywki da się upchać sporo przyjemności. Jeśli strzelanki i retro-vibe to coś co Was grzeje, to polecam wrzucić sobie Biolab Wars na listę życzeń albo po prostu wyłożyć te 9 PLN i popykać przy okazji odpoczynku od ogromnych produkcji.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Dodaj komentarz