O tym, w co ostatnio grałem słów kilka — Tekken 8

Dzisiaj o serii, do której odczuwam dość sporą dozę nostalgii, gdyż nie druga odsłona Turnieju Żelaznej Pięści, była jedną z pierwszych gier, w jakie dane mi było zagrać na klasycznym szaraku (a dokładniej w demo Tekkena 2). W tym roku mija równo 30 lat od premiery pierwszego Tekkena, a na rynek trafiła właśnie ósma odsłona i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie czekałem na tę premierę z wypiekami na twarzy. Zapraszam do czytania!

Zwykle moje recenzje zaczynam od jakiegoś przybliżenia fabuły (swoją drogą ręka do góry kto w bijatyki gra dla fabuły), jednak gdybym miał Wam przybliżyć cały plot telenoweli, jaka kręci się wkoło rodu Mishima, to pewnie zajęłoby to tyle, że mało komu by się chciało to czytać, tak że zacznę od tego, że dla Wszystkich, którzy nie są zaznajomieni z historią, twórcy gry zaimplementowali skróty fabularne każdej z odsłon, co pomoże chętnym zorientować się nieco w temacie — zresztą bez bicia przyznam, że sam sobie musiałem nieco odświeżyć pamięć.

Jeśli jednak nie macie na to ochoty, to w zasadzie tym, co musicie wiedzieć jest to, że Kazuya, syn głowy rodu Mishima, wykorzystując swoją Diabelską Moc, prowadzi kampanię, mającą na celu zaprowadzenia nowego porządku na świecie, w którym najważniejsza jest siła. Organizuje on kolejną edycję Turnieju Żelaznej Pięści, aby wyłonić tych, którzy są godni bycia jego częścią i tych, których spotkać ma kara za bycie słabymi — jak możecie się domyślać, przyjdzie nam stanąć do walki o zwycięstwo i raz na zawsze zakończyć wojnę domową rodu. Tutaj trzeba oddać twórcom to, że nie miałem w zasadzie żadnych oczekiwań co do „Przebudzenia Mroku”, a dostałem całkiem nieźle zrealizowaną historię Jina, który próbuje powstrzymać swojego ojca, jednocześnie próbując odnaleźć w tym samego siebie — finalnie bawiłem się przednio i wcale nie obraziłbym się, gdyby było tam kilka rozdziałów więcej.

Oprócz trybu fabularnego dostajemy oczywiście garść klasyki w postaci trybu arcade, pojedynków PvP, czy epizodów postaci, w których po kilku walkach każdym z zawodników, możemy obejrzeć przygotowany przerywnik filmowy, który rzuca nieco światła na daną postać. Jednak Tekken 8 ma w zanadrzu coś jeszcze, mianowicie całkiem nowy „Arcade Quest” czy flashback prosto z 3ciej odsłony w postaci Tekken Ball. Dla tych, którzy nie grali w legendarną już trójkę — Tekken Ball to wariacja na temat piłki plażowej, w której naszym zadaniem jest zadanie obrażeń poprzez umiejętne uderzenie nią przeciwnika lub uniemożliwienie mu odbicia jej na naszą stronę, choć wydaje się to miejscami nieco śmieszne w kontekście bijatyki, to za każdym razem odpalając ten tryb bawię się po prostu świetnie.

Wyprawa po salonach gier to natomiast oczko puszczone w stronę graczy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z Tekkenem / bijatykami, gdyż od początku prowadzi nas przez tajniki walki (jak combo czy juggle, które potrafią drenować życie naszych przeciwników), pozwalając nam stawać do coraz cięższych pojedynków, pnąc się po szczeblach rankingu na sam szczyt.

Do naszej dyspozycji oddano ponad 30 zawodników z całego świata. Powracają znane twarze jak gwiazda poprzedniej odsłony — Lars; zamaskowany King, Brian Fury, Kuma, Paul Phoenix, Marshall Law czy mój osobisty ulubieniec, Hwoarang! Inaczej mówiąc, fani serii poczują się tu bardzo znajomo, ale żeby nie było, że twórcy z Namco Bandai odmrażają kolejnych zawodników niczym polska telewizja Marylę na Sylwestra, to na scenę wchodzi kilka nowych twarzy jak choćby Reina (która swoją drogą jest postacią wartą uwagi, jeśli chodzi o fabułę), Azucena, w której przypadku myślałem na początku, że jest jakąś ewolucją Christie Montero z poprzednich odsłon (nie będzie żadnym spoilerem, kiedy powiem, że się pomyliłem) czy choćby Victor Chevalier, który to szybko zdobył moją przychylność swoim stylem walki.

To, co niesamowicie cieszy, to fakt, że różnice między zawodnikami są widoczne gołym okiem i dzięki czemu walcząc w kolejnych pojedynkach, nie mamy wrażenia oglądania ciągle tego samego w innym przebraniu. Dodatkowo podobnie jak w przypadku siódemki, tym razem również zapowiedziano rozszerzenie selekcji wojowników w DLC (fajnie, że takowych dodadzą, ale niestety to kolejne $$$ do wydania za cyfrową zawartość… cóż takie czasy), w tym zaliczyć ma powrót legenda serii, uwielbiana przez początkujących graczy, którzy walczą stylem napieprzania we wszystko co popadnie.

Skoro nawiązałem już do walki, to na chwilę pozostaniemy w tym wątku bo i tu czeka nas trochę nowości … ale zacznę o tego, co znamy w pewnej formie choćby z poprzednich dwóch odsłony Tekkena, mianowicie Rage. W momencie, kiedy nasz pasek życia spadnie do jakichś 20%, wkoło zawodnika pojawia się czerwona aura, a on sam jest w stanie wykonać mocarne i widowiskowe combo (aktywowane zawsze w ten sam sposób / jednym przyciskiem niezależnie od wybranej postaci), które niejednokrotnie może przesądzić o losach pojedynku. Kompletną nowością natomiast jest dodatkowy „tryb” w formie Heat. Już śpieszę z wyjaśnieniami, w skrócie każdy z zawodników posiada dodatkowy pasek, który w pełni naładowany wystarczy na około 15 sekund, podczas których nasz zawodnik zadaje nieco większe obrażenia (a nawet urwać nieco z życia przeciwnika, który akurat blokuje nasz coś), ale to, co pewnie zainteresuje większość to dodatkowe combo ataki, które potrafią nieźle poturbować drugiego gracza — z jednej strony system ten wydaje się być sporym ułatwieniem dla mniej doświadczonych graczy, z drugiej za zaś może stanowić ciekawy element taktyki.

Wykonanie audio-wizualne jest po prostu świetne! Twórcy postawili tym na Unreal Engine 5 i widać, że odrobili pracę domową, bo wszystko co zobaczycie na ekranie zostało dopracowane do ostatniej nitki na stroju zawodników, a pojedynki czy przerywniki filmowe potrafią zrobić fenomenalne wrażenie. Jeśli chodzi o technikalia, to na PlayStation 5 nie uświadczyłem absolutnie żadnych zgrzytów, bugów, glitchy czy jakichkolwiek innych artefaktów mogących negatywnie wpływać na rozgrywkę. A i bym zapomniał — dostaliśmy polskie tłumaczenie.

Nie ma co się rozpisywać z podsumowaniem, gdyż Tekken 8 w mojej opinii to absolutny must-play dla fanów serii i ogólnie gatunku bijatyk — wygląda rewelacyjnie (no może kilka modeli postaci można było wykonać nieco lepiej pod względem projektu); lista zawodników jest dość różnicowana; fani rozgrywek multi pewnie długo nie będą musieli się martwić o znalezienie chętnych do pojedynku; nowe systemy walki i tryby rozgrywki wprowadzają nieco urozmaicenia i niezależnie czy jesteś technicznym wymiataczem, czy też totalnym laikiem, odnajdziesz się tu bez problemu; no i na koniec WRACA EDDY (tak tak w DLC ale jednak!) i TEKKEN BALL MODE ! :). Myślę, że tytuł ten jeszcze na długo zagości na dysku mojej konsoli (i tym samym będę mógł w końcu usunąć 7’mke), bo choć uwielbiam Street Fightera, Guilty Gear czy The King of Fighters, to właśnie The Iron Fist Tournament jest serią, do której wracam najczęściej, sprawdzając każdą kolejną odsłonę.

Ogromne podziękowania dla polskiego wydawcy gry, firmy Cenega za udostępnienie mi gry do sprawdzenia!

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Dodaj komentarz