Każde medium, z którego płynie jakaś rozrywka, posiada pozycje, które bez cienia wątpliwości można określić jako legendarne i myślę, że większość z Was pewnie się ze mną zgodzi, że seria od Blizzarda, o której dzisiaj mowa, zdecydowanie zasługuje na to miano (no może poza tym moblinym potworkiem, choć wiem, że i ona ma swoich zwolenników). Fanom przyszło czekać jedenaście lat na kolejną odsłonę, a mi osobiście prawie ćwierć wieku, gdyż jestem już tak stary, że zagrywałem się w pierwsze dwie odsłony Diablo na ich premierę, a trzecią jakoś pominąłem, gdyż wydawała mi się zbyt cukierkowa jak na mrocznego hack’n’slasha, w którym zakochałem się lata temu, a dodatkowo nie było za bardzo sposobności, żeby zgadać się z kimś znajomym na dłuższe posiedzenia w coopie. Czy warto było tyle czekać? Zapraszam do czytania!

Na samym początku mała informacja, jako że pominąłem całkowicie Diablo III, to jeśli gdziekolwiek w tekście będę odnosił się do serii / poprzednich odsłon to mam na myśli naturalnie I i II. Tak więc nie bijcie, jeśli powiem, że w czwórce pojawiło się coś nowego, a miało to już miejsce w poprzedniej odsłonie.
Świat i jego mieszkańcy, ponownie stają się pionkami na planszy wielkiej wojny pomiędzy Piekłem a Niebiosami, jednak tym razem bohaterom przyjdzie stawić czoła czystemu złu w postaci Lilith, zwanej Córką Nienawiści (no coż rodziny się nie wybiera) i Królową Sukkubów. Co dokładnie planuje? Tego nie wiadomo (przynajmniej na początku). Czyim zadaniem będzie jej powstrzymanie? No to już chyba wiecie… Barbarzyńca, Druid, Czarodziejka, Łotr czy Nekromanta, wybierzcie swoją „broń” i ruszamy na polowanie przez sześć aktów.
To tak w telegraficznym skrócie, bo choć mogłoby się wydawać, że fabuła w tytule nastawionym na wybijanie wszystkiego, co się rusza, nie będzie ona jakoś wybitnie porywająca, to przyznaję bez bicia, że z ogromną ciekawością odkrywałem kolejne karty tej historii, szczególnie że scenarzyści postarali się tu przemycić sporo „ogólnej” wiedzy na temat Sanktuarium, konfliktu, czy samej Lilith i jej rodzinnych zawiłości. Tu też przejdę płynnie do kolejnego aspektu gry, bo wspomniałem o aktach, których koncept nie jest niczym dziwnym dla graczy zaznajomionych z serią, jednak tym razem zmieniło się nieco podejście do ich prowadzenia, gdyż dostaliśmy do naszej dyspozycji ogromny otwarty świat, a liniowe prowadzenie rozgrywki zastąpiła ogromna swoboda w działaniu. Kolejne zadania fabularne przenoszą nas w dalsze zakątki Sanktuarium, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby samemu wyruszyć na krucjatę przeciwko złu. Tu dodatkowym elementem, poniekąd ułatwiającym takowe podróżowanie na własną rękę (i wzbudzającym pewne kontrowersje wśród niektórych graczy) jest skalowany poziom trudności, który dopasowuje poziomy mobków do naszego (+/- 2 lvl) tak, aby nie dopuścić sytuacji, gdzie wykokszony bohater zmiata z powierzchni ziemi stado potworów bez mrugnięcia okiem.









Po Sanktuarium przyjdzie nam biegać naszym bohaterskim awatarem, którego wybierzemy spośród wymienionych wyżej klas. Każdy z nich charakteryzuje się innym stylem rozgrywki, posiada swoje atuty i możliwości tworzenia różnorodnych buildów, z wykorzystaniem mnogości wyposażenia czy skilli na drzewku rozwoju — Barbarzyńca to po prostu biegający czołg; Czarodziejka potrafi manipulować żywiołami; Druid może przybrać „nieco” agresywniejszą postać; Łotr wykorzystuje swoją zwinność, trucizny czy pułapki; Nekromanta natomiast hołduje zasadzie „im nas więcej tym weselej”, przywołując swoją armię nieumarłych aby Ci siali zniszczenie. To właśnie tę ostatnią klasę postanowiłem wybrać i pozwólcie, że przybliżę Wam nieco moje odczucia jak i zaimplementowane mechaniki, właśnie z puntku widzenia Pana Marionetek.
SSwoją przygodę rozpocząłem nieco nieśmiało i chaotycznie, biegając z wielką kosą, wybijając kolejnych przeciwników, wskrzeszając kolejne zwłoki i pakując punkty doświadczenia w kolejne umiejętności bez większego ładu i składu — twórcy zdali się przewidzieć to ostatnie, bo w dowolnym momencie możemy za drobną opłatą „zresetować” swojego wojaka i zacząć układanie klocków na nowo. Wszystko szło dobrze, a mój własny jeździec apokalipsy radził sobie wręcz bezbłędnie, do czasu…. Tak naprawdę już po paru godzinach odkryłem, że muszę chyba nieco lepiej przemyśleć swój build postaci, bo bywały momenty gdzie boss ubijał mnie wręcz na dwa hity, przy czym ja go ledwo drasnąłem..







Tak zaczęło się analizowanie drzewka rozwoju, które oferuje kilka głównych kategorii (magia Cienia, Kości i Krwi), jak i zestawy podzielone na aktywne i pasywne umiejętności. Tak naprawdę minęło dobrych kilka godzin i kilkadziesiąt poziomów postaci, zanim udało mi się wybrać najbardziej optymalny zestaw pod samowystarczalnego Nekromantę, otoczonego armią niczym gwiazda rocka swoimi grupies. gdzie wszystkie wyuczone przez niego umiejętności wręcz się uzupełniały — atak bezpośredni, ładowanie esencji, efekty terytorialne, no po prostu one-man-army (tak jakby). Z kolejnymi zdobywanymi poziomami, dobierałem sobie nowych kompanów (na początku nie mamy zbytniego wyboru) i ich wspomagacze, a wszystko dopełniało wyposażenie, którego tu znajdujemy taką ilość, że czasem czułem się jak w jakimś loot-shooterze typu Borderlands, bo dosłownie co wyprawę, podmieniałem jakąś część mojego ekwipunku na nową. Wszystko nieco zwolniło, kiedy mniej więcej w połowie mojej przygody, zacząłem zbierać przedmioty legendarne, ulepszać je u napotkanego kowala i budować oręż, który jednocześnie daje mi sporo do podstawowych statystyk samej postaci, jak i do efektów moich umiejętności — czasami np. wybrałem słabszy oręż, ale za to dający mi kilka punktów do Krwawej Lancy, którą się namiętnie posługiwałem, dzięki czemu zamiast standardowych 5ciu poziomów umiejętności, posiadałem ich 7.
Kampania to jakieś 20 godzin gry, jednak wynik ten spokojnie można wielokrotnie pomnożyć, gdyż główna oś fabularna to tak naprawdę tylko kropla w morzu — różnorodne klasy postaci, drzewka rozwoju umożliwiające składanie różnorodnych build’ów; ogromny, otwarty świat i jego kolejne poziomy (na początku dostępne są dwa, po zakończeniu wątku fabularnego zyskujemy dostęp do kolejnych); misje poboczne; odbijanie twierdz, osiągnięcia danej lokacji; wyzwania; tryb hardcore, multiplayer; lokalny coop (ten akurat na ten moment jedynie w przypadku wersji konsolowych) i wiele wiele innych. A jakby tego wszystkiego Wam było nadal za mało, to już w lipcu startują „sezony”, podczas których gracze będą mieli dostęp do jeszcze większej ilości zawartości.







Moją platformą z wyboru było w tym przypadku PlayStation 5 (no coż za zaskoczenie) i muszę przyznać, że zaimplenowany system rozgrywki na konsoli przypadł mi bardzo do gustu. Sterowanie jest proste do opanowania i responsywne, więc nie ma problemu z ogarnięciem się nawet podczas młynu na ekranie. Pod względem technicznym też nie mam grze nic do zarzucenia, bo może z 1-2 razy zdarzyło się, że coś chrupnęło, a tak wszystko bez zarzutu. Oprawia audiowizualna, również prezentuje wysoki poziom i jak dla mnie to po prostu dwójka na sterydach, co mnie ogromnie cieszy (tego motywu muzycznego z Tristram nie da się pomylić z niczym). No i te cudowne cutscenki CGI, po prostu miód, ale to raczej nie jest zaskoczeniem w przypadku Blizzarda. To natomiast co mi się nie spodobało to konieczność bycia podpiętym do internetu 24/7… Zdarzyło mi się kilka razy, że gra przestała być rensponsywna i musiałem się ponownie zalogować, co skutkowało powtórzeniem pewnej trasy lub nawet koniecznością ponownej walki z bossem. Dodatkowo jako zadeklarowanemu introwerytkowi, zwyczajnie przeszkadzała mi obecność innych graczy na ekranie (tak wiem gadam jak emeryt, który krzyczy, bo mu dzieciaki po chodniku jeżdżą na deskorolce) bo dla mnie Diablo to nie MMO i tyle.
Ja wiem, XXI wiek, postęp i co tam jeszcze sobie chcecie, ale, tak czy siak, nie rozumiem co takiego stanęło na drodze deweloperom (prócz $$ w oczach), aby nie móc umożliwić graczom stworzenie swojego śmiercionośnego awatara kompletnie w trybie offline, bo jakoś nie jestem w stanie wskazać niczego istotnego w tej grze, co wymagałoby rzeczywiście obcowania z innymi graczami (jest tu pewien aspekt rywalizacji czy współpracy w związku z niektórymi aktywnościami ale bez przesady…). Oceniam to czysto z mojego punktu widzenia i nie będę nikogo na siłę przekonywał, że moja „racja jest najmojsza”, po prostu, jeśli mam kupić pudełko z grą za ponad 300 PLN, to chciałbym mieć możliwość wrzucenia płyty do konsoli i cieszenia się rozgrywką bez konieczności podpinania się jakkolwiek i do czegokolwiek.
Diablo IV wyjęło z mojego jakże ograniczonego czasu ponad trzydzieści godzin, podczas których w zasadzie nie nudziłem się ani przez chwilę, bo przemierzanie Sanktuarium, odkrywanie kolejnych lokacji, poznawanie całej historii i ubijanie nacierających naprzeciw nam, hord przeciwników po prostu wciąga jak bagno — syndrom „jeszcze jednej misji” w pełni. Najnowszy tytuł Blizzarda jeszcze na długo zagrzeje miejsce na dysku mojej konsoli, choćby po to, abym w wolnej chwili mógł sobie wskoczyć do gry i wyczyścić kolejny loch czy nawiedzoną piwnicę. Odpowiadając na pytanie ze wstępu — tak warto było czekać, bo produkt dostarczony przez zespół Blizzarda to po prostu diabelnie dobra gra (tak wiem suche, ale musiałem).

Na koniec podziękowania dla wydawcy gry w Polsce, firmy Cenega za podrzucenie mi kodu na grę.
To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”
