O tym, w co ostatnio grałem słów kilka — Strayed Lights

Gry wideo, mają to do siebie, że często pozwalają nam przybrać dowolną postać czy osobowość — od kompletnie oderwanych od rzeczywistości jak na przykład zabawa w Boga w Black & White (swoją drogą ktoś jeszcze pamięta o tej perełce?), po całkowicie przyziemne awatary we wszelkiego rodzaju tytułach z dopiskiem „Simulator” w tytule. Ekipa z Embers (nie mylić z Ember Lab od Keny), postanowiła dorzucić do tego coś nietuzinkowe od siebie i dać nam możliwość wcielenia się …. w światło. Jesteście ciekawi co z tego wyszło? Zapraszam do czytania!

Historia wrzuca nas w buty….no właśnie nie wiadomo w sumie ani „czyje” buty, ani jaka historia, gdyż już od samego początku twórcy jasno zaznaczają swoje podejście do prezentowania fabuły i jej bohaterów. Grę rozpoczynamy jako mała kulka energii/płomyk, które trafia w średnio przyjemnie wyglądające otoczenie. Nie wiemy czym jesteśmy, jak, gdzie i po co się tu znaleźliśmy, jednak brnąc przed siebie, zaczynamy ewoluować niczym Pokemon, stając się jakby dorosłą wersją tego naszego bytu. Gra wykorzystuje pierwsze momenty naszego cyfrowego istnienia jako swego rodzaju samouczek, pokazując nam podstawy poruszania się, interakcji ze światem czy walki.

Mechanika tej ostatniej, choć wydaje się ciekawa na początku — przełączenia się pomiędzy odpowiednimi barwami światła, wykorzystanie rozwijanych perków i skilli, uniki, bloki, kontry ładujące pasek energii — to niestety z czasem, w połączeniu z powtarzalnym schematem rozgrywki staje się nieco nużące, bo sprowadza się w zasadzie do tego samego przy każdym przeciwniku. Choć mamy tu w teorii „zwykły” atak, to jest on dość średnio pomocny, bo mimo wszystko połączenie dobrania odpowiedniego koloru i parowania, jest w zasadzie jedynym potrzebnym patentem na przebicie się przez kolejnych wrogów.

W prostych słowach całość opiera się na dobraniu odpowiedniego koloru (pomarańczowy, niebieski) do sytuacji. Nasz „świetlik” potrafi w locie przełączać się pomiędzy różnymi kolorami światła, dzięki którym może skutecznie blokować ataki wrogów i ładować pasek energii/balansu, który pozwala nam na silniejszy kontratak (bywają sytuacje, że wróg przyjmuje nieznany nam kolor — fioletowy, wtedy trzeba ratować się klasycznym unikiem, bez szans na skuteczny blok).

Oprawa audio-wizualna zachwyca i jest to jedna z ładniejszych gier segmentu indie, w jakie dane mi było zagrać w ostatnim czasie. W zasadzie jedyne, do czego można się tu przyczepić to, że przez celowe ograniczenie palety barw, część lokacji wyglądają wręcz identycznie. To, co warto tu wspomnieć, to fakt, że za ścieżkę dźwiękową odpowiada niejaki Austin Wintory, który pracował choćby przy muzyce do Journey czy Flow.

Po ograniu Strayed Lights zostały ze mną dość mieszane uczucia, bo w teorii to przyjemny platformer z przykuwającym oko designem, z drugiej zaś przedstawiona wizja twórców potrafi po prostu znudzić. Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem z grami, które stawiają mocno na symbolizm, bo już czasami sam nie wiem, czy jestem zbyt głupi, aby zrozumieć jakąś większą ideę idącą za tym, w co właśnie gram, czy autorzy po prostu sami nie wiedzieli co robią i postanowili ukryć swoją nieudolność pod stertą symboli i pustymi hasłami o „przemyśleniach” i „odnajdywaniu własnego sensu”. Choć świat growy nie raz pokazywał, że takowe podejście może dać świetny rezultat końcowy jak choćby w Journey, Abzu czy Dear Esther, to w tym konkretnym przypadku chyba posunięto się nieco za daleko. W moim odczuciu Strayed Lights wisi w limbo (i nie, nie mam na myśli tu świetnego tytułu od Playdead), gdyż nie jest ani zła, ani też dobra i ciężko ją w zasadzie polecić czy zgnoić do reszty — tak, że jeśli moje wypociny jakkolwiek zainteresowały Was tym tytułem to, polecam rzucić okiem na jakiś trailer czy gameplay, kto wie, może akurat to, co zobaczycie przekona Was do zakupu.

Ogromne podziękowania dla ekipy ogarniającej PR twórców za podrzucenie mi gry do sprawdzenia.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Dodaj komentarz