O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – Clockwork Aquario

Ktoś z Was pamięta jeszcze czasy salonów arcade zastawionych automatami i pinballami (choć w moim przypadku „salon” to spore wyolbrzymienie, gdyż ów salon to była przyczepa typu „Wóz Drzymały”, w którym ledwo dało się oddychać przez ścisk ludzi i chmurę dymu papierosowego gęstszą niż smog na Śląsku)? Niejednokrotnie powtarzałem, że wspomnienia z tego typu przybytków to jedne z najlepszych, jakie mam jeśli chodzi o moje gamingowe doświadczenia, a poznane wtedy tytuły — jak Metal Slug czy The King of Fighters — to nadal jedne z moich ulubionych gier, do których wracam bardzo często. Choć tego typu przybytki są w naszym kraju raczej gatunkiem wymarłym, to od czasu do czasu nowi gracze mają okazję zapoznać się z dawnymi pożeraczami monet (a starzy odnowić wspomnienia) za sprawą portów ów gier na kolejne generacje konsol.

Wstęp nie dość, że przydługi to jeszcze jedynie połowicznie nawiązujący do gry, o której chciałbym Wam dzisiaj powiedzieć, gdyż choć jest to tytuł arcade (Sega System 18, z którym nie miałem okazji nigdy się spotkać, gdyż u mnie królowało Neo-Geo i CPS) to nigdy nie ujrzał światła dziennego — aż do dzisiaj!. Clockwork Aquario to tytuł, nad którym studio Westone (odpowiedzialni m.in. za serię WonderBoy) pracowało w okolicach 1992 roku, niestety projekt został pogrzebany mniej więcej rok/dwa później, na co rzekomo miał wpływ negatywny feedback testerów, rosnąca popularność bijatyk oraz gier 3D. 24 lata później, ININ Games wraz ze Strictly Limited Games, odkopali go z cmentarzyska gier i postanowili dokończyć jego produkcję wraz z czescia oryginalnej ekipy deweloperow — Takanori Kurihara (główny programista), Shinichi Sakamoto (kompozytor), Ryuichi Nishizawa (twórca/producent). Tak oto, 29 lat od rozpoczęcia prac nad grą, Clockwork Aquario trafiło na rynek konsolowy.

Sama gra, jak większość tytułów arcade, nie tłumaczy zbyt wiele ze swojej historii. Gracze wrzucani są w buty jednego z trojga bohaterów — Hack Rondo, Elle Moon oraz robot Gash — a ich zadaniem jest przemierzanie kolejnych lokacji, wybijanie fal wrogów, pokonywanie bossów, aby finalnie przeszkodzić Dr. Hangyo w zamiarze opanowywania świata.

Tytuł ten to typowy action platformer / side-scroller z kolorową, miejscami wręcz cukierkową grafika — pixelart na poziomie najlepszych indyków naszych czasów i to już ponad 2 dekady temu! Gameplay nie należy do zbyt skomplikowanych, brniemy do przodu, skacząc i ogłuszając kolejnych przeciwników. Po pierwszym uderzeniu (lub skoku) mamy możliwość dobicia naszego przeciwnika kolejnym ciosem, lub podniesienie go i użycie jako broni miotanej. Co jakiś czas zyskujemy „specjalną moc” (coś na wzór gwiazdki z Mario), dzięki której przez krótki czas jesteśmy nieśmiertelni i możemy walić do wrogów z „gwiazdkowego shotguna”. Jak wspomniałem, gra oddaje do naszej dyspozycji troje bohaterów, jednak wybór pomiędzy nimi to jedynie kwestia estetyczna, gdyż gameplay jest dokładnie taki sam w przypadku wszystkich (pomijając fakt, że masywnego robota, którego zdaje się jest nieco łatwiej trafić).

O ile kolejne plansze nie należą do bardzo wymagających — przejście każdej zajmuje dosłownie kilkanaście minut, szczególnie jeśli ogracie je kilka razy i zapamiętacie ich schemat — to walki z bossami potrafią już dać nieco w kość. Sama walka nie jest aż tak skomplikowana, gdyż sprowadza się do nauczenia się ataków wroga i ich kolejności, jednak z racji tego jak szybko wszystko się zmienia na ekranie, nawet najprostsze sekwencje mogą się okazać niełatwe do wykonania. Gra oferuje trzy poziomy trudności, których jedyną różnicą są kredyty — 3/6/9 — pozwalające na kontynuowanie rozgrywki po śmierci (stracisz wszystkie i niestety GAME OVER). Miłym smaczkiem (i w zasadzie nieodłącznym elementem gier automatowych z dawnych lat) jest kanapowy coop, który pozwala nam przejść całą grę ze znajomym (i na przykład użyć go jako broni, rzucając nim w przeciwników).

Podobnie jak w przypadku innego tytułu, który miałem okazję recenzować niedawno — Gynoug — tu również postanowiono skorzystać z możliwości dodania czegoś nowego, dzięki czemu gracze mogą zapoznać się z grafikami koncepcyjnymi, posłuchać oryginalnego OST (jak i zremiksowanej wersji) oraz nałożyć customizowany filtr graficzny, który np. upodobni nasz ekran do CRT.

Pozwolę sobie na Pozwolę sobie na małą dygresję, niezwiązaną bezpośrednio z tym jak się gra w Clockwork Aquario, a z tym jak można wejść w jej posiadanie. W momencie kiedy czytacie ten tekst, grę można już zakupić normalnie na PlayStation Store i niestety jest to jedyna opcja jeśli chcecie wejść w jej posiadanie, bez wydawania większej kwoty. Jeśli natomiast tak jak ja, macie nerwicę natręctw i nie jesteście w stanie przeboleć tego, że pewne tytuły stoją jedynie na Waszej wirtualnej półce, to mam dla Was dobrą wiadomość. Jak wiadomo Strictly Limited Games to jedna z firm specializujaca się w wydawaniu limitowanych fizyków i postanowili oni przygotować kilka fizycznych wydań, które możecie kupić — standardowe wydanie (1800 kopii) wyprzedało się na pniu i pozostały jedynie edycje specjalne/kolekcjonerskie. Oprócz tego gra ukazała się fizycznie w Kraju Kwitnącej Wiśni, i możecie ją zamówić np. ze sklepu Play-Asia (jak wiadomo PS4/PS5 nie mają blokady regionalnej, sam tytuł posiada angielskie napisy).

Podsumowując, Clockwork Aquario to na pewno tytuł z ciekawą historią, jaką tytuł przebył, aby finalnie trafić na nasze konsole i jeśli ukazałby się w pierwotnie planowanym terminie, to na pewno byłoby o nim głośno, jednak obecnie, moim odczuciu to bardziej ciekawostka niż „must have”, szczególnie że został wyceniony na dość wysoką kwotę jak na tego typ grę (biorąc pod uwagę dość wąskie grono odbiorców, jacy pewnie będą nim zainteresowani). Nie twierdzę, że nie gra się w to przyjemnie, jednak przy obecnej formie rynku gier indie, nie ma tu nic spektakularnego. Jeśli w waszym przypadku nostalgia robi swoje i szukacie czegoś, co cieszy oko i przy czym można się odprężyć, to jak najbardziej polecam, w innym przypadku, poczekałbym aż gra trafi na jakąś promocję, a jej cena spadnie, chociaż o te 20-30 PLN.

Na koniec chciałbym podziękować ININ Games i ekipie ogarniających ich PR za podrzucenie mi kopii do sprawdzenia przed premierą.

To tyle na dzisiaj.
Mam nadzieję, że się Wam podobało!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. tomekfrank pisze:

    Jak zawsze świetnie się czyta… bo o samej grze nie dało się nic więcej istotnego napisać, to smaczki jakie Kuba dodał od siebie, sprawiają że recenzja nabiera rumieńców.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s