Cofnijmy się w czasie o jakieś 15-20 lat, kiedy to moim jedynym zmartwieniem było to, aby wstać punktualnie do szkoły i jak najszybciej wrócić z niej do domu, aby zasiąść przed telewizorem i odpalić RTL7/TVN Siedem. To właśnie na owych dwóch stacjach dzieciaki w całej Polsce mogły śledzić kolejne przygody Son Goku i jego przyjaciół w anime zwanym Dragon Ball. O samej produkcji i tym jak ważna była ona dla mnie i moich rówieśników, można by pisać w nieskończoność, ale w dużym skrócie – podczas podwórkowych zabaw, KAŻDY chciał być jak Son Goku, Son Gohan czy Vegeta, a kiedy przychodził czas kolejnego odcinka to podwórka pustoszały niczym teren po wybuchu atomowym. Teraz wróćmy do teraźniejszości w której mam 31 lat, a w moje ręce trafia gra od CyberConnect2 – Dragon Ball Z Kakarot. Jak wypada kolejna produkcja w uniwersum Dragon Ball? Czy dostałem to czego oczekiwałem? No i oczywiście, czy warto zagrać? Zapraszam do czytania!

Marka Dragon Ball, z racji swojej popularności przez lata była eksploatowana na przeróżne sposoby – anime, manga, filmy, zabawki no i oczywiście gry. W tym wszystkim chciałbym się nieco skupić na tych ostatnich. Oczywistym było, że jeśli robić grę na podstawie „bajki”, w której w zasadzie ciągle ktoś kogoś tłucze po mordzie, to należy zrobić bijatykę. To też znakomitą większość produkcji na podstawie tego uniwersum, stanowią właśnie gry z tego gatunku. Jednak w moją pamięć wryła się na zawsze, produkcja w nieco innej konwencji – wydana w 1992 roku na konsolę SNES, Dragon Ball Z – Super Saiyan Densetsu. To było jakieś 15 lat temu, kiedy to w moim małym mieście nastąpił szał na emulację wszystkiego co był w stanie udźwignąć PC. W ten oto sposób trafiłem na wspomnianą wcześniej grę, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że zupełnie nie przeszkadzał mi fakt ogrywania jej po japońsku (oficjalnie nigdy nie ukazała się poza Krajem Kwitnącej Wiśni). Co do samej gry to był to RPG z turowym (i karcianym) systemem walki, w którym mogliśmy śledzić historię znaną z Dragon Ball Z. Po dziś dzień, uważam, że jest to jedna z najlepszych gier na podstawie tego anime.
Choć na przestrzeni lat fajni dostaliśmy wiele innych, świetnych gier, jak np. Budokai Tenkaichi to ciągle czekałem na coś, co wywrze na mnie takie same wrażenie jak Legend of Super Saiyan (gdyby ktoś był zainteresowany to jest nawet polskie tłumaczenie). Kiedy do sieci trafiły pierwsze trailery Dragon Ball Z Kakarot, wiedziałem, że to może być to…
Historia rozpoczyna się kilka lat po Wielkim Światowym Turnieju Sztuk Walki i tryumfie naszego bohatera. Son Goku, założył rodzinę, a nawet doczekał się swojego potomka, Son Gohana. Niestety nie było mu dane długo cieszyć się spokojnym życiem, gdyż Ziemia ponownie jest zagrożona. Na naszą planetę przybywa przedstawiciel wojowniczej rasy Sayian – Raditz, z zamiarem unicestwienia wszystkiego co żywe. Po ciężkiej walce i porażce Raditza, dowiadujemy się, że to w zasadzie początek kłopotów…

W kwestii przebiegu wydarzeń, twórcy są prawie całkowicie zgodni z materiałem źródłowym tak więc, jakiekolwiek, dalsze wyjaśnienia dotyczące fabuły, nie mają najmniejszego sensu, bo fani DB doskonale wiedzą o co w tym wszystkim chodzi, a całej reszcie, która nie oglądała tego anime, nie chciałbym za wiele spoilerować, przejdźmy zatem do samej rozgrywki.
Przejdźmy zatem do samej rozgrywki. Mamy tutaj do czynienia z RPG akcji w otwartym świecie. Nasze postacie (tak postacie!) walczą z wrogami, zbierają przedmioty, zdobywają punkty doświadczenia, poziomy, nowe ataki, umiejętności itp. Wszystko zgodnie ze sztuką, bez większych odstępstw od reguły. Mapa jest dość spora (na tyle, że nawet nie zmieściła mi się na screenie), z wyszczególnionymi punktami do których możemy się udać. Odwiedzimy znane miejscówki jak np. Boski Pałac, Kame House, Dom Son Goku, Capsule Corporation czy nawet planetę Namek! Rozmiar oczywiście cieszy (i w tym wypadku ma znaczenie, badum tss…), jednak wiąże się z nim pewien zgrzyt, mianowicie za każdym razem, kiedy dotrzemy do granicy danego obszaru, gra wywala nas do mapy gdzie po wybraniu miejsca docelowego musimy odczekać swoje, gapiąc się na ekran ładowania.. Niby to tylko chwila itp. ale wierzcie mi, że w przypadku misji gdzie musimy odwiedzić kilka miejsc, staje się to dość upierdliwe (niczym zbyt sztywna metka w koszulce, która po czasie doprowadza Was do szału). Podobno twórcy odpowiedzieli na narzekania graczy i wypuścili patch, który miał nieco przyśpieszyć czas ładowania (nie chcę wiedzieć jak musiało być przed patchem), jednak myślę, że perfekcyjnie byłoby gdyby wzięli oni przykład z ostatniego God of War, gdzie całość z została ukazana na jednym, długim ujęciu.

Rozbudowany świat byłby oczywiście niczym gdyby nie jego zawartość i w tym przypadku gra nie zawodzi. W każdej z miejscówek znajdziemy masę itemów do zebrania, jak jedzenie, kule Z, części i kruszce do maszyn czy medale D umożliwiające trening nowych technik specjalnych. Świetnym smaczkiem były dla mnie karty, które przedstawiały wydarzenia z poprzedniej serii Dragon Ball, kiedy to Son Goku był jeszcze dzieckiem.
Creme de la creme całego zbieractwa są oczywiście Smocze Kule, których zbieranie, poza uzasadnieniem wynikającym z fabuły, zostało tutaj umiejętnie wplecione. W przerywnikach pomiędzy pojedynkami z najpotężniejszymi wojownikami we Wszechświecie, możemy polatać i pozbierać 7 kul, rozsianych po całej mapie (przydatny będzie do tego nasz smoczy radar, pełniący rolę mapy na danym obszarze), które to pozwalają na spełnienie życzeń.
Jeśli zbieranie Was nie interesuje, a chcielibyście odpocząć od głównej historii to zawsze możecie pokręcić się po danym obszarze i poszukać guza u losowych przeciwników. Początkowo, z powodu bycia przyzwyczajonym do grindowania swoich postaci w tego typu grach, byłem nieco rozczarowany zarówno liczbą napotkanych przeciwników jak i ilością expa jakie otrzymujemy za ich pokonanie. Sytuacja ta ulega nieco zmianie gdzieś po 1/3 opowieści, kiedy to na mapie aż roi się od zwykłych „jednostrzałowców”, jak i przeciwników przewyższających nas poziomem. Całość przez to wydaje się nieco źle zbalansowana, a ja w pewnym momencie dałem sobie całkowicie spokój z dobijaniem poziomów na pomniejszych wrogach (i w zasadzie nic na tym nie straciłem). Jakby jeszcze tego wszystkiego było Wam mało to do naszej dyspozycji oddano kilkadziesiąt misji pobocznych, w których spora część z Was pewnie rozpozna znajome twarze. Misje te nieco różnią się od siebie, raz przyjdzie nam pomóc damie w tarapatach, innym razem pobawimy się w kuriera. Za każdą z nich dostajemy sporą ilość doświadczenia oraz przedmioty, które możemy wykorzystać w rozgrywce.
Do tego wszystkiego mamy jeszcze treningi umożliwiające zdobywanie nowych ataków, łowienie ryb, budowanie tablic społeczności dających bonusy (np. do ataku, zdobywanych punktów doświadczenia czy cen w sklepach), wyzwania w komorze grawitacyjnej, szkolenie Szkoły Żółwia, wyścigi samochodowe czy zbieranie przepisów na kolejne dania – naprawdę nie da się tutaj nudzić!
Na koniec, mięso czyli WALKA! O ile wspominane przeze mnie losowe pojedynki nie są niczym ekscytującym, tak walki z bossami to już zupełnie inna para kaloszy. Każdy z napotkanych przeciwników ma swój własny (bądź kradziony od naszych bohaterów) wachlarz ataków, których musimy unikać aby nie klepać w matę. Walczyć możemy solo jak i w drużynie (którą w danych momentach gry możemy sobie sami skomponować z dostępnych postaci), w tej drugie opcji AI przejmuje kontrolę nad naszymi towarzyszami, a nam pozwala na wywołanie asysty w formie ataku specjalnego. Sam system walki jest dość prosty i opiera się o szybkie uniki, blok, ataki wręcz, KI i specjalne – wszystko przy pomocy jednego, max dwóch przycisków na raz. Dzięki takiemu rozwiązaniu, pojedynki są niezwykle dynamiczne i efektowne. Kamehameha, Genki-Dama, Galick Gun , Final Flash (przetłumaczone jako Działo Czosnkowe :D) – jest tutaj dosłownie wszystko. Swoją drogą system walki przypominał mi nieco ten znany ze Spidermana czy serii Batman Arkham, co w tym przypadku jest moim zdaniem zaletą bo z jednej strony starcia są satysfakcjonujące, a z drugiej nie pochłaniają całej uwagi gracza i pozwalają cieszyć się historią, którą oglądamy na ekranie.
Graficznie, dzięki wykorzystaniu specyficznej kreski i Unreal Engine 4, gra cieszy oko, a przerywniki filmowe dają wręcz wrażenie, że oglądamy kolejny z odcinków DBZ. Do tego wszystkiego świetne animacje ataków, no po prostu miód. Wszystkiemu przygrywa ścieżka dźwiękowa, żywcem wyciągnięta z anime. Do naszej dyspozycji oddano możliwość wyboru pomiędzy angielskim a japońskim dubbingiem (nostalgią 100% byłby francuski hah) wraz z polskimi napisami.
Aby zobaczyć napisy końcowe, musiałem poświecić nieco poniżej 40 godzin, co jest wynikiem naprawdę dobrym. W tym czasie udało mi się ograć główną linię fabularną, posiąść większość ataków specjalnych, wykonać kilka (jak nie kilkanaście) misji pobocznych. Całość podzielona jest na cztery główne rozdziały – Saiyan, Frieza, Androids i Majin Buu Saga, które to z kolei posiadają od 7 do 10 podrozdziałów. Dla spragnionych gry, twórcy umożliwiają kontynuowanie przygody po zakończeniu wszystkich rozdziałów, co może znacząco wydłużyć czas gry, a dodatkowo chodzą plotki o nadchodzących DLC. W skrócie – jest tu co robić przez długi czas!

Plusy:
– Historia
– Postacie
– Świat gry
– Długość rozgrywki
– Grafika
– Oprawa dźwiękowa
Minusy:
– Irytujące czasy ładowania
– Błędy w polskim tłumaczeniu
– Drobne pominięcia w fabule gry vs anime
Myślę, że po przeczytaniu mojej recenzji, nie będzie dla nikogo zaskoczeniem kiedy napiszę, że Dragon Ball Z Kakarot to jedna z najlepszych gier jakie mogli dostać fani twórczości Akiry Toriyamy! Dla kogoś kto tak jak ja, wychowywał się w czasach świetności marki w naszym kraju, to po prostu spełnienie marzeń i osobisty wehikuł czasu na krążku CD. Pomimo, że bezbłędnie byłem w stanie przypomnieć sobie i wskazać co za chwilę się stanie, to czułem się dokładnie tak samo jak kilkanaście lat temu, przeżywając to wszystko jeszcze raz. Oczywiście jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia i rozumiem, że z pewnych względów (zarówno technicznych jak i fabularnych), nie wszystkim przypadnie ona do gustu, jednak uważam, że każdy zainteresowany powinien dać jej szansę aby przemówiła sama za siebie!

Na koniec chciałbym podziękować polskiemu dystrybutorowi gry, firmie Cenega, która udostępniła mi kopię do recenzji i tym samym zafundowała mi piękną, nostalgiczną podróż do czasów beztroskiego dzieciństwa, kiedy to każdy na podwórku chciał być jak Son Goku!
To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że się Wam podobało.
Do następnego!
Kuba „PlayStation Fanatyk”