Growe Wspominki – 25 lat minęło część 1 #PlayStation25thAnniversary

W tym roku naszej ukochanej konsoli stuknęło 25 lat! Przez cały ten okres sprzedano ponad 500 milionów konsol (co uświetniono „limitowaną” wersją PS4) i wypuszczono na nie grubo ponad kilka tysięcy gier. Kto by pomyślał, że zerwanie umowy Nintendo z Sony, wywróci świat konsolowych graczy do góry nogami już na zawsze.
Ale ja dzisiaj nie o historii a trochę wspominkowo, nostalgicznie i sentymentalnie bo o moich, własnych wspomnieniach z życia gracza z konsolami PlayStation w tle. Do końca nie wiedziałem pod jaką kategorię podpiąć ten wpis, jednak „Growe Wspominki” wydały mi się najbardziej odpowiednie, także zapraszam do czytania!

Cofając się do moich najwcześniejszych wspomnień związanych z konsolą od Sony, trafiamy gdzieś do roku 1996 albo 1997, kiedy to wśród moich znajomych zaczęły pojawiać się osoby posiadające PSX, jedną z takich osób był mój przyjaciel, Grzesiek. Pierwsza styczność z Szarakiem była dla mnie o tyle ciekawa, że ów przyjaciel dostał w zasadzie gołą konsolę i na całą resztę składał z kieszonkowego, prezentów itp., co skutkowało kilkoma fajnymi z perspektywy czasu doświadczeniami, takimi jak granie na czarno-białym ekranie (przeróbka przy pomocy Action Replay bez kabla RGB), zostawianie konsoli włączonej non stop przez kilka lub kilkanaście dni (brak memorki) czy ogrywanie setki razy tych samych dem (brak przeróbki czy funduszy na oryginalne gry, których ceny niewiele różniły się od dzisiejszego retailu na premierę oraz których dostępność w naszym małym mieście była w zasadzie znikoma). Ogólnie byłem tak bardzo zafascynowany tym małym pudełkiem, że moi rodzice w zasadzie równie dobrze mogli mnie zameldować u mojego kolegi, bo do domu wracałem w zasadzie tylko po to, żeby się przespać i coś zjeść.

Sam nigdy nie posiadałem własnej konsoli bo w tamtym czasie, w moim domu królował PC i takie produkcje jak Baldur’s Gate, Icewind Dale, Quake czy Monkey Island. Kilkukrotnie błagałem wręcz moich rodziców o to, żeby kupili mi PlayStation (raz się nawet zgodzili jak trafiła się okazja, ale sen prysł gdy sprzedawca na allegro zaczął się wykręcać, że popełnił błąd w aukcji i wystawił zestaw ze złą kwotą), jednak z przyczyn wtedy dla mnie niezrozumiałych nie chcieli tego zrobić. Z czasem oczywiście zrozumiałem, że chodziło o cenę jaką trzeba było za ów przyjemność zapłacić, konsola kosztowała wtedy ok. 700 PLN, a gry ponad 100-150PLN za oryginał lub 100 PLN za przeróbkę i kolejne 20-50 PLN od każdej nagranej płytki, no ale co ośmiolatek mógł wiedzieć o wartości pieniądza. Pamiętam nawet, że któregoś dnia siedziałem i robiłem „wycenę” wszystkich moich gier w bigboxach (nawet nie chce myśleć za ile by teraz poszły #janusz), które dostałem na wszelkie świąteczno-urodzinowe okazje, gotowy zanieść je do komisu celem sprzedaży – do mojego dealu życia nigdy niestety nie doszło ale już nie pamiętam dokładnie dlaczego.

<< Grafika ukradziona ze StrefyPSX
https://strefapsx.pl/ceny-konsol-w-polsce-w-latach-1996-2006/

Odbijając jednak od tematu samej konsoli to mięsem były oczywiście gry – jak wspomniałem wcześniej, przez sporą część czasu graliśmy głównie w dema, dzięki czemu poznałem ogromną bibliotekę produkcji które wzbudzały we mnie niemałą zazdrość. Grą, która zrobiła ma mnie chyba największe wrażenie było Resident Evil 2 – dla kilkuletniego dziecka, była to fascynująca i jednocześnie dość przerażająca produkcja, szczególnie kiedy dodamy fakt ogrywania jej po ciemku, będąc samym w domu. O ile pamiętam to nie udało nam się jej wtedy skończyć, a ja sam do Raccoon City wróciłem dopiero kilka lat później, dzięki wersji PC (przy której poległem – sterowanie na klawiaturze to był koszmar…) a następnie emulatorowi ePSXe i padzie z marketu, będącym imitacją DualShocka.

To częściowo wyjaśnia dlaczego tegoroczny remake przygód Leona i Claire był dla mnie tak bardzo ekscytujący (mojej stronie znajdziecie recenzję oryginalnego RE2 jak i wersji 2019). Swoją drogą ePSXe było dla mnie czymś mega, mój PC był na tyle mocny, że mógł spokojnie udźwignąć emulację, posiadałem jakiś tam dostęp do internetu, skąd mogłem zaczerpnąć informacji o grach i samej emulacji a na moim podwórku przybywało posiadaczy PSX’a – dzięki temu wszystkiemu mogłem ograć w domowym zaciszu takie perełki jak Brave Fencer Musashi, Final Fantasy VII i IX, Bloody Roar 2, GEX, Gran Turismo 2, Crash Bandicoot czy Tekken 3.

Później nastała pierwsza z dwóch przerw jeśli chodzi o moją styczność z PlayStation i to naprawdę długa bo trwała jakieś 8 lat, aż do momentu kiedy byłem już na studiach a na rynek wchodziło PlayStation 3. W międzyczasie miałem okazję trochę pogrywać na PlayStation 2, jednak sam konsoli nie posiadałem a i dość mocno wkręcony byłem w PC Master Race i emulację NeoGeo, CPS czy SNES’a, no ale wracajmy do tematu :). Było to gdzieś w okolicach 2007/2008 roku, mój ówczesny współlokator, którego imienia za cholerę nie pamiętam (jeśli to czytasz to mam nadzieję, że mi wybaczysz), przyniósł do domu PlayStation 3 wraz z Fifą oraz Midnight Club: LosAngeles. Niestety tym razem nie było mi dane pograć zbyt wiele bo ów znajomy w zasadzie non stop palił trawę i grał w Fifę, a moja chęć odkrywania nowych produkcji i możliwości PS3 nie bardzo pasowała do jego schematu spędzania wolnego czasu. To był właśnie ten moment kiedy stwierdziłem, że sam chciałbym mieć własną konsolę – wybór padł na PlayStation 2. Dlaczego zapytacie? Powód prosty i znany – $$$$, konsola była względnie tania jak na kieszeń studenta (zapłaciłem coś ok. 280 PLN za komplet z 2 padami i 3 grami) i prosta do przerobienia. Pamiętam, że wpadłem podjarany do domu i zdałem sobie sprawę, że nawet nie mam jak sprawdzić konsoli dłuższą chwilę, bo nie posiadam jeszcze TV, ubłagałem więc mojego współlokatora o możliwość podpięcia konsoli u niego i odpaliłem swoją pierwszą grę na mojej konsoli, którą dostałem w zestawie – GOD OF WAR!

Trzeba przyznać, że zacząłem z wysokiego C bo Kratos wgniótł mnie w fotel podobnie jak wgniatał w ziemię swoich przeciwników a „sprawdzenie” konsoli nieco się przedłużyło. Po wstępnym szoku zacząłem wertować Gumtree w poszukiwaniu jakiegoś TV i po kilku godzinach byłem już w drodze na dzielnicę obok w celu zakupy cudownego odbiornika CRT w rozmiarze 32″ (dobrze, że pojechał ze mną kumpel bo waga tego była taka, że mi się auto obniżyło o kilka cm po załadunku do bagażnika). Szybki powrót do domu, podłączenie wszystkiego i zniknąłem z życia towarzyskiego na kilka tygodni, odpalałem grę za grą, zafascynowany całą biblioteką produkcji, które mnie ominęły. Pamiętam jak wpadłem do Komputronika po VERBATIMY i pudełka DVD, sprzedawca nie mógł się nadziwić po jaką cholerę mi 200 płyt i pudełek.
Niestety piractwo, pomijając kwestie moralne i prawne, sprowadziło na mnie zgubę w postaci nagminnego niekończenia rozpoczętych gier – pomimo posiadania grubo ponad 200 tytułów, skończyłem ich w zasadzie może 10 czy 20 bo zwyczajnie nie mogłem się zdecydować w co zagrać (niczym kobieta „niemająca się w co ubrać”). Ciekawostką jest to, że przez Baldur’s Gate Dark Alliance prawie uwaliłem sesję na uczelni bo zamiast uczyć się do egzaminu z Zarządzania Marketingowego to leciałem z growym maratonem – na szczęście udało mi się skończyć zarówno grę jak i drugi rok na studiach (z jakąś tam 1 poprawką na kolejny rok).

Minęło kilka miesięcy, a mój szał związany z posiadaniem konsoli trochę opadł, dzięki czemu zacząłem więcej czasu spędzać na samym graniu niż na szukaniu torrentów z grami. Pamiętam, że wróciłem do mojego rodzinnego miasta podczas przerwy wakacyjnej między drugim a trzecim rokiem studiów, żeby sobie trochę dorobić, a wolny czas spędzałem grając na konsoli, którą ze sobą zabrałem. Wtedy też doszło do jednego z ważniejszych dla mnie momentów bycia graczem – nauczyłem się grać w FPS’y na padzie!

Dla kogoś kto kilkanaście lat spędził grając na klawiaturze i myszce, FPS na padzie to był ogromny szok, jednak Black i Killzone wciągnęły mnie tak bardzo, że nawet jakbym miał ogrywać to na akordeonie to i tak bym siedział i grał. O ile strzelanka of Guerrilla Games, może nie była grą wybitną (choć nadal bardzo dobrą) to Black spowodował na mnie dokładnie takie samo wrażenie jak God of War podczas pierwszego odpalenia – grafika, fizyka gry i cały klimat po prostu przyspawał mnie do telewizora na długie godziny (długie też dlatego, że nadal grałem na padzie jak ostatnia łamaga i każda misja zajmowała mi godzinę albo dłużej).

Kolejną produkcją, która wryła mi się w pamięć jest Project Zero 3 (które ja z powodów moich pirackich zapędów znałem przez długi czas jako Fatal Frame 3). Horrory do tej pory kojarzyły mi się głownie z survivalami jak Resident Evil, więc nowa szkoła straszenia była dla mnie swego rodzaju szokiem. Swoją drogą mam nadzieję, że kiedyś seria Project Zero trafi do mojej serii Kroniki Grozy.

Po powrocie na studia i kilku osobistych perypetiach, tak się złożyło, że zamieszkałem razem z jednym z moich najlepszych kumpli. Jako, że tak samo jak ja, Robert również był wielkim fanem gier to zaczęliśmy wertować internet w poszukiwaniu produkcji z kanapowym coopem, aż w końcu trafiliśmy na stronę Co-Optimus, na której znajdowała się filtrowana lista większości multiplayerowych produkcji. Maraton grania rozpoczął się na dobre, pamiętam, że przez dłuższy okres zawsze było tak, że między moim, a jego powrotem do domu była godzina różnicy – ten który wrócił wcześniej kupował browary, szykował jakieś jedzenie na wieczór, a kiedy wracał ten drugi siadaliśmy do grania i tłukliśmy ile się dało – Mortal Kombat Shaolin Monks, The Lord of the Rings: The Return of the King, The Warriors, G.I. Joe The Rise of Cobra, Time Splitters, to tylko kilka gier, które w tamtym czasie ograliśmy wzdłuż i wszerz. Najwięcej czasu spędziliśmy właśnie przy strzelance of Free Radical (chociaż nie jestem w stanie sobie przypomnieć czy akurat przy pierwszej części TS) gdzie po ograniu kampanii, całymi godzinami graliśmy z botami – 2vs2, 2vs4… i tak do maksymalnej ilości przeciwników, w pewnym momencie zaczęliśmy sobie umilać rozgrywkę przez dorzucanie kolejnych zmiennych do naszych meczy jak np. używanie konkretnych broni.

Wszystko to trwało jakieś kilka miesięcy, aż do wyprowadzki Roberta spowrotem do naszego rodzinnego miasta. Jako, że był to mój trzeci rok i ostatnia sesja połączona z obroną pracy licencjackiej (której jak możecie się domyśleć nie miałem napisanej..), postanowiłem wziąć się trochę za siebie w kwestii nauki i odstawić konsolę na bok, co koniec końców doprowadziło do sprzedaży całego zestawu – do tej pory pamiętam, że znajomy, który kupił ode mnie moje PS2, wychodząc, taszczył ze sobą plecak i dwie wielkie, niebieskie torby z Ikei wypełnione grami. Wtedy też nastąpiła moja druga rozłąka z PlayStation, tym razem, na szczęście o wiele krótsza…

Na dzisiaj to by było na tyle, i tak nie wiem czy ktoś dobrnął do końca tego tekstu. Oczywiście to nie koniec moich perypetii związanych z PlayStation bo jesteśmy gdzieś w połowie, mam nadzieję, że chociaż części z Was takie wspominki przypadły do gustu, a tymczasem żegnam się z Wami.

Do następnego!
Kuba „PlayStation Fanatyk”

2 komentarze Dodaj własny

  1. MiGoo pisze:

    Dotarłem do końca 🙂 Nie wiedzieć czemu lubię czytać takie historie 😉 Może dlatego, że za gówniarza miałem bardzo podobnie – ciężko było o własny komputer, o konsolach nawet nie wspominając (a marzyło mi się nieziemsko o PSX czy PS2). Ostatecznie w 2003 roku kupiliśmy razem z bratem NGC dla remake Resident Evil – co to były za piękne czasy…

    Polubione przez 1 osoba

    1. No to jeszcze masz part 2 i 3 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s