O tym, w co ostatnio grałem słów kilka – Devil May Cry 5

Od ostatniej odsłony serii DMC z numerkiem w tytule minęło już ponad 10 lat i wydaje mi się, że wielu fanów (szczególnie tych, którym reboot marki pod nazwą DMC nie podpasował) czekało na powrót swojego ulubionego łowcy demonicznych maszkar. Mając jak najbardziej dobre wspomnienia z ogrywania części czwartej, nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania w najnowszą przygodę Dantego i spółki, a o tym jak się bawiłem, postaram się Wam opisać w poniżej recenzji.

Rozgrywka zaczyna się jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać. W prologu, na dzień dobry poznajemy naszego głównego przeciwnika – Urizena, do starcia, z którym będziemy dążyć przez całą rozgrywkę.

Tło fabularne skupia się w koło naszych 3 protagonistów – do znanego już duetu Nero i Dante, dołącza V, który to zlecił Dantemu pozbycia się demonów. Prócz głównych bohaterów mam tu tez kilka postaci pobocznych, wśród których najbardziej wyróżnia się Nico – pracuje ona razem z Nero i tworzy dla niego mechaniczne ramiona. Cóż, fabularnie nie ma się, co spodziewać zbyt wiele – Nero chce zabić tego który odciął mu rękę, Dante wskakuje w wir walki a w tym wszystkim jedynie musimy zastanowić się nad rolą V. Jednak chyba każdy, kto świadomie sięga po tytuł z tej serii, zdaje sobie sprawę, że nie o fabułę tu chodzi, bo jak wiemy nie w tym tkwi siła Płaczącego Diabła!

Daniem głównym, prawdziwie krwistym kawałem mięsa jest tutaj walka, Harder, Better, Faster, Stronger, tak można by w skrócie opisać to, co Capcom przygotował dla graczy. Jak wspomniałem wcześniej, tym razem możemy wybierać spośród trzech bohaterów, z których każdy ma swój indywidualny styl walki i których scenariusze biegną równolegle, przecinając się gdzie nie gdzie. O ile w większości misji jest z góry ustalone kim będziemy grać tak czasem będziemy też mieli możliwość wyboru swojego ulubieńca.

Nero, młody narwaniec posługujący się mieczem z silnikiem odrzutowym, który możemy naładować dla zwiększenia mocy i mechanicznymi ramionami, które jak pisałem wcześniej, przygotowuje dla niego Nico, po tym jak nasz przyjemniaczek ze wstępu mu ją ucina – do dyspozycji mamy kilka różnych z odmiennymi atakami jak rzuty, rażenie prądem czy mocarne uderzenie (jedna z rąk może również służyć jako deskolotka rodem z Powrotu do Przyszłości), tak aby móc dobrać idealny setup pod siebie i nadchodzących przeciwników. Przez długi czas miałem problem z przyzwyczajeniem się do nich, jednak z czasem wybrałem sobie kilka i to na nich bazowałem kompletując uzbrojenie przed kolejną misją. Swoją drogą zabrakło mi możliwości zmiany rąk podczas walki bez niszczenia ich (albo po prostu nie odkryłem jak się to robi..).

Dante, legendarny wręcz pogromca demonów, który sieje zniszczenie potężnymi mieczami i swoimi ukochanymi pistoletami – Ebony & Ivory. Żeby nie było zbyt nudno Dante ma też spory wachlarz innych możliwości mordowania przeciwników jak zmienne style walki, pancerne rękawice, kilka dodatkowych broni palnych czy motocykl… tak możecie tłuc demony po mordach motocyklem, który zmienia się też w dwie piły mechaniczne:D
Powiem Wam, że przez długi czas była to moja ulubiona broń, którą wykręcałem najlepsze combo. Wisienką na torcie jest tutaj możliwość przybrania demonicznej postaci i stania się w zasadzie idealną maszyną do zabijania.

Na koniec zostaje nam tajemniczy V, cherlawy jegomość, podpierający się laską i rzucający od czasu do czasu dziwne cytaty. V na pierwszy rzut oka wydaje się niegroźny, szczególnie kiedy postawimy go pomiędzy Dante i Nero, jednak to nic bardziej mylnego gdyż jego mocą są przywołane przez niego demony – Gryf oraz Pantera, które w zasadzie wykonują brudną robotę za niego a V, trzymajac się przez większość walki z boku, dobija kolejne ofiary swoją laską. Dodatkowo po naładowaniu odpowiedniego paska mamy możliwość przywołania kolosa zwanego Koszmarem, którego imię jest adekwatne do tego co po jego przywołaniu zaczyna się dziać się na ekranie.

Za mordowanie kolejnych przeciwników, gracz nagradzany jest czerwonymi orbami, które w grze służą za walutę, dzięki której możemy ulepszać zarówno skilla poszczególnych bohaterów, dokupować kolejne ataki czy przedmioty zwiększające nasze życiowe/magiczne statystyki. Niezależnie od tego jakim bohaterem będziemy farmić nasze krwawe złoto, to jest wspólne dla wszystkich, tak więc możecie np. wpakować wszystkie orby w jedną postać i zrobić z niej chodzący czołg.

Lokacje w grze odrobinę zawodzą i nie chodzi nawet o to, że w czasach kiedy każda gra chce mieć swój własny, mniej lub bardziej otwarty świat, tutaj dostajemy w zasadzie same korytarze prowadzące od punktu A do punktu B, a bardziej o różnorodność.. Zaczynamy w poniszczonym przez demony mieście Red Grave City, które robi naprawdę dobre wrażenie, żeby chwilę potem przenieść się do wnętrza Klifota, który nieco przypomina świat w koszmarze czy trzewia jakieś bestii.. Niby fajnie i niby pasuje do stylu gry, jednak mimo wszystko wydaje mi się to jakoś mało zróżnicowane i tak naprawdę po krótkim czasie nie skupiałem się nawet jakoś bardzo na oglądaniu tego co mijam w drodze na kolejną arenę bo w pewnym momencie wszystko dla mnie wyglądało tak samo.

Graficznie jest miód, Capcom ponownie wykorzystał swój autorski silnik RE Engine i wystarczy spojrzeć na detale (szczególnie podczas jednej cutscenki z Dante), żeby rozwiać wątpliwości, co do tego, na jakim jest to poziomie. Warto również wspomnieć, że gra trzyma
stabilne 60 klatek na sekundę.

Całość rozgrywki trwa ok. 10 godzin i podzielona jest na 20 misji, przed rozpoczęciem, których dostajemy możliwość przygotowania się do nadchodzącego starcia poprzez dokupowanie umiejętności bądź ułożenia swojego idealnego ekwipunku. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nie jest to jakiś wybity wynik to należy pamiętać, że DMC ma ogromny „Replay Value” związany z masterowaniem kolejnych sekcji aż do rangi 3xS (co wcale nie należy do najłatwiejszych) , próbą opanowania wszystkich możliwych ataków naszych bohaterów oraz tym, że po przejściu gry, odblokowujemy trzeci poziom trudności – Syn Spardy.

Dodatkowo, całość wydłużają tzw. sekretne misje, które możemy znaleźć i odblokować w poszczególnych lokacjach, skupiają się one na eliminacji kolejnych zastępów demonów na ograniczonej arenie za co gracz jest nagradzany np. dodatkowymi orbami.

#Ciekawostka
Podobnie jak w Far Cry 4, tutaj też można zakończyć rozgrywkę w kilka minut, jednak, żeby uniknąć spoilerów to zainteresowanych jak to zrobić odsyłam do Wujka Google 😉

Plusy:
* Grafika
* Dynamiczna rozgrywka
* Różnorodność postaci
* Ilość uzbrojenia i ataków

Minusy:
* Kamera
* Ekrany ładowania
* Lokacje

Koniec końców czas sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy warto? Oj warto i to bardzo!. DMC5 jest dokładnie tym, czego osobiście oczekiwałem – świetny slasher z masą dynamicznej akcji i walki na genialnym poziomie, okraszony świetną oprawą graficzną. Owszem ma swoje niedociągnięcia ale wierzcie mi, że przestaniecie na nie zwracać jakąkolwiek uwagę w momencie kiedy wpadniecie na arenę pełną przeciwników i zacznie się festiwal epickich kombosów, błysków i rozlewu krwi.
Capcom ponownie pokazał, że wie co robi i dołożył kolejną cegiełkę do swoich ostatnich hitów.

Za udostępnienie kopii gry dziękuję firmie Cenega.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s